(fot.EPI)

Obwołano ją nową Madonną, choć sama uważa się za Freddiego Mercury’ego w spódnicy. Swój pseudonim wzięła z przeboju Queen. Inwencja w wymyślaniu cudacznych strojów pozwalałaby sądzić, że Lady Gaga nie ma już czasu na wymyślanie sensownych kawałków, ale nie – każdy jej kolejny numer podbija listy przebojów.

Ma tylko jedną płytę, za to wydaną dwukrotnie, opowiada o przygodach seksualnych z wibratorem. Tańczyła na rurze, podpalała stringi i planuje wytatuować sobie Matkę Boską na plecach. Żadna gwiazda nie miała tak mocnego wejś-cia, nikt w tak krótkim czasie tak mocno nie wrył się w świadomość ludzi – przynajmniej od czasu Nirvany. Sądzi, że jej wagina jest bytem osobnym, który łatwo zezłościć lub zasmucić. Wszystko zawdzięcza mamie oraz homoseksualistom – ci już przyjęli ją za ikonę. Z jej sutków strzelają sztuczne ognie. Wideo do „Bad romance” na YouTube obejrzano 180 milionów razy.

Naprawdę nazywa się Stefani Joanne Angelina Germanotta i jest Amerykanką włoskiego pochodzenia, choć niektórzy sądzą, że przyleciała z kosmosu. Biografia Gagi wydaje się niemal mozartowska. Na pianinie grała już w wieku przedszkolnym, komponowała od wczesnej nastoletniości, bardzo szybko zaczęła koncertowanie i tzw. używanie życia. Gaga, nim Gagą została, uczęszczała do szkoły katolickiej, odebrała konserwatywne wychowanie i jeśli wierzyć portalom plotkarskim, siostrzyczki oniemiały, ujrzawszy ją po latach w telewizji.

Przy narodzinach gwiazdy asystowały dwie sławne akuszerki, z czego jedna odebrała poród mimo woli. Gaga zatrudniła się przy pisaniu piosenek w wytwórni Interscope i tam usłyszał ją raper Akon, pchnął wyżej, pomógł stać się rozpoznawalną. Status gwiazdy zdarzył się przypadkowo: Christina Aguilera, występując w teledysku „Super Bitch”, żywo przypominała piosenkarkę, co zaraz dostrzegli internauci. Zważywszy na fakt, że Aguilera cieszyła się statusem gwiazdy, a Gaga dopiero walczyła o swoje, sprawa wydała się kuriozalna. Aguilera oświadczyła, że nie ma pojęcia, o co chodzi, kim jest ta dziewczyna, jeśli to w ogóle jest dziewczyna, a nie facet. W efekcie o „Super Bitch” zapomniano, bo na pierwsze miejsca wbijało się już „Just Dance” odkrytej właśnie piosenkarki.

Królowa muzyki pop ledwo zipie i wiele wskazuje na to, że Gaga rzeczywiście zostanie nową Madonną. Szkołę teledysku odebrała z kolei od Michaela Jacksona, a jej kolejne klipy są przedłużeniem wizualnego szaleństwa realizującego się w strojach gwiazdy: bajecznie kolorowe, surrealistyczne, kiczowate w najlepszym sensie tego słowa i jeszcze cudacznie roztańczone wracają do formuły opowieści. Jak w wypadku Jacksona każdy snuje jakąś wybijaną w tanecznych rytmach historię. Mamy kryminał, historię więzienną, a nawet przaśne science fiction w „Bad Romance”.

Utwory Gagi, mieszczące się w stylistyce pop, wyróżniają się melodyjnością i inteligencją muzyczną, ale na świecie istnieje wiele dobrych piosenek. Same zdolności nie wyniosą na szczyt nikogo, trudno też wymyślić oryginalny pomysł na siebie – geniusz Gagi ujawnił się tu z całą mocą. Jest bowiem jak inne piosenkarki, tylko bardziej, korzystając przy okazji z dobrodziejstw własnej neurozy.

Ekscentryczne stroje są standardem popkultury przynajmniej od czasów Ziggiego Stardusta, także biseksualizm Gagi nie jest specjalnie nowy, dziewczyna poszła więc w fantazyjność: przebrana za homara, odziana w Kermity, błyszcząca kosmiczną czerwienią na spotkaniu z królową angielską odebrała dawnym dziwakom ich urok; przy niej wydają się szarzy jak przechodnie. Wydaje się też, że obecność Gagi wyznacza pewną granicę estetyczności, zwyczajnie dalej pójść się nie da. Ta dziewczyna wygląda przecież jak uciekinierka z filmu Tima Burtona, następnym krokiem ku dziwności będzie chyba głęboka ingerencja w ciało, przy której transformację Michaela Jacksona uznamy za niewinną grę ze sobą.

Media domagają się nieustannej obecności, najlepiej wyznaczanej przez skandale obyczajowe, a jeśli ich zabraknie, przynajmniej jawną deklarację jakiejś sprośności. Tu znów wskakujemy na poziom wyżej, gdyż Gaga deklaruje pismakom wzajemnie sprzeczne niedorzeczności. Raz jest biseksualna to znów ogłasza, że celibat jest fajny, zwłaszcza z wibratorem, nienawidzi sławy, zarazem bardzo nią się ciesząc, słowem, robi się niezły galimatias. Być może w ten sposób znajduje ujście oczywista neuroza piosenkarki i jeśli tak rzeczywiście się dzieje, mamy do czynienia z najlepiej zainwestowanym kuku na muniu w historii.

Media bowiem nie potrzebują prawdy, ona jest zwyczajnie nudna, zadowalają się atrakcyjną fantazją. Gaga więc sobie gada, a treść jej wypowiedzi w naturalny sposób nie pokrywa się ze stanem faktycznym. To tylko zgrywa obliczona na wzbudzenie zainteresowania, o tyle uczciwa, że nikt nie bawi się w udawanie. Kolaż wypowiedzi publicznych Gagi przypomina niskobudżetowe filmy fantastyczne, gdzie nieudolność efektów, bieda charakteryzacji oferowała widzom nowy rodzaj zabawy: jak to zostało zrobione.

Ludzie niewiele się uczą, ale metoda Gagi na paplanie o sobie stawia inne gwiazdy w niezręcznej sytuacji. Jej świadoma niewiarygodność ośmiesza celebrities próbujących utrzymać się na powierzchni lub nawet wzbić się za sprawą jakiejś kontrowersyjnej wypowiedzi. Teraz to zwyczajnie głupio tak gadać, deklarować swoją seksualność, spowiadać się z przygód miłosnych albo złościć się na warunki panujące w show-biznesie, skoro odsłonięto mechanizmy: artysta mówi tylko to, co może mu się przydać. Myśl, że gwiazdy to pojmą i w konsekwencji zamilkną, wydaje się nazbyt optymistyczna.

Gwiazdorski status piosenkarki na razie jest krótki, choć wydaje się, że Gaga była gwiazdą już w piaskownicy. Jej gwiazdorstwo ma zarazem charakter totalny, to znaczy: Gaga jest wyłącznie postacią medialną, w życiu prywatnym nie istnieje, być może nawet znika. Nieustannie pracuje, nagrywa, jeździ w trasy i kręci teledyski, aż do fizycznego wyczerpania. W tym sensie bycie Gagą jest zadaniem ponad siły. Popularność innych gwiazd stoi także na życiu prywatnym, o którym Gaga jedynie mówi.

Britney Spears zamilkła jako piosenkarka, za to codziennie dostawaliśmy nowe wieści o jej problemach ze sobą. Jackson nie nagrywał od lat, a i tak było o nim głośno. Można wyliczać dalej: rozwód Pink, brutalność Chrisa Browna względem Rihanny, seksualne zwyczaje Boya George’a. Tymczasem w wypadku Gagi wszystko jest sceną i teatrem, różnica pomiędzy gwiazdą a osobą prywatną (choć wystawioną na widok publiczny) zupełnie się zamazała. Gaga ma w głowie swoje własne światła i kamery, ofiarowała się show-biznesowi w całości, nie zostawiając nic dla siebie, żyjąc w wielkim reality show. Sama przyznaje, że wzięła ślub ze sztuką, domyślamy się, że wierność jest dla niej wartością i na nic innego nie ma już miejsca.

Sukces Gagi zasadza się na umiejętnym połączeniu filozofii teledysku Michaela Jacksona, campowego image’u i muzycznych zmagań z Madonną. W tej nieładnej, zwariowanej dziewczynie zsyntetyzowała się cała współczesna pop-kultura. Więcej nawet, Gaga jest popkulturą obleczoną w drobne ciało, wszystkim tym, co nadaje telewizja, stacje radiowe, całą wesołą treścią internetu i gdybyśmy zapragnęli przekazać wiedzę o dzisiejszym popie przyszłym pokoleniom, nie trzeba by się trudzić. Wsadźmy w kapsułę czasu „The Fame Monster”, DVD z teledyskami, trochę zdjęć i materiał z trasy koncertowej. Wystarczy.

Źródło: Duży Format