5 września Brian udzielił obszernego wywiadu dla gazety „The Observer”. Rachel Cooke sprawdziła co słychać u najbardziej „gniewnego” rockmana, który ostatnio głównie interesuje się dagerotypami, zwierzętami, astronomią i pisaniem bloga.

Brian May mieszka w Surrey, nie tak daleko od pola golfowego w Wentworth, w czym nie byłoby nic dziwnego (gdzie indziej można by się spodziewać szanowanej gwiazdy rocka?) gdyby nie to, że wcześniej tego roku podczas publicznej sprzeczki z konserwatywnym przewodniczącym rady miejskiej na temat polowań na lisy, May twierdził że mieszka na wsi. Hmm. Jakby nie patrzeć, tej części Surrey wsią raczej nie można nazwać. Są tu duże ogrody a rododendron rośnie wysoko, ale jedyne traktory jakie tu można spotkać są z Chelsea*, a wszystkie bramy są elektryczne i mają na sobie pisane wielką czcionką inicjały.

Dom May’a, którego właścicielem jest już od 30 lat, jest atrakcyjnym, wielkim gmachem w stylu Arts & Crafts, włącznie z pokojami wyłożonymi boazerią oraz wewnętrznym balkonem, i dobrze symbolizuje fakt, że gwiazda rocka w pewnych określonych warunkach może osiągnąć pewien określony styl życia – choć nie aż tak dobrze, jak pierwsza osoba którą spotykam po wejściu do niego, mianowicie pracownik May’a który mówi mi, że jest zatrudniony jako „techniczny/ogrodnik”. (Podoba mi się to określenie. Wyobrażam go sobie jak taszczy głośniki w poniedziałek, a donice z kwiatami we wtorek. W środę poleruje gitary, a potem idzie zasadzić trawnik do krykieta.) A gdzie jest Brian? W idealnym świecie siedziałby w jakiejś wieży, słuchając „A Night at the Opera” i przeglądając katalog domu aukcyjnego Bonhams. Miałby na sobie szlafrok w odcieniu najgłębszego fioletu, z jednym z tych grzebieni z długimi zębami do kręconych włosów wystającym nieco z kieszeni. Ale nie żyjemy w idealnym świecie, a techniczny/ogrodnik prowadzi mnie na tył domu do wielkiej szopy – albo może małego garażu – która służy jednocześnie za gabinet i centrum dowodzenia Briana, gdzie znajduję go we własnej osobie w zwyczajnych czarnych jeansach i adidasach tak wielkich i białych, że mogłabym je wziąć za łodzie motorowe płynące po Tamizie gdybym nie miała swoich szkieł kontaktowych.

„Cześć”, mówi Brian. Pierwsza rzecz która mnie uderza to brzmienie jego głosu, niespodziewanie delikatnego i dziewczęcego, a także dość, hm, mało ekspresyjnego (wkrótce przekonam się, że nawet kiedy jest czymś bardzo podekscytowany, May wciąż brzmi jakby miał wszystkiego dość). Mówi mi że jest zmęczony, dopiero co wrócił z Ameryki gdzie promował swoją książkę „A Village Lost and Found”, w której zebrał kolekcję pionierskich dzieł stereoskopowego fotografa TR Williamsa, umożliwiając swoim czytelnikom, dzięki wyświetlaczowi domowej produkcji który sam zaprojektował, zobaczyć życie we wiosce z lat 50. XIX wieku w pięknym trójwymiarze (May jest wielkim fanem stereoskopowej fotografii i poważnym kolekcjonerem stereoskopowych dagerotypów). Ale czy dobrze się bawił? (Wiem, że tak; przeczytałam o tym na jego blogu, o którym później.) „O tak, było świetnie,” mówi. „Proszę, zobacz sama.” Wręcza mi plastikowy wyświetlacz i książkę, i oto przed moimi oczami stają jak żywe malutka chatka i dziewczyna w wiejskiej koszuli. Magiczny widok, który sprawia że znów czuję się jak dziecko. „Och, cieszę się że tak mówisz!” mówi Brian z (prawie) radością.

Wracamy do domu, mijając po drodze piękny, zadbany ogród May’a, w którym znajduje się również prawdziwe obserwatorium (May ma doktorat z astronomii; powrócił do swojej rozprawy doktorskiej w 2007 roku, po tym jak porzucił prace nad nią 30 lat wcześniej na rzecz kariery w zespole Queen). Wewnątrz domu, May przygotowuje się do sesji zdjęciowej, dając mi kilka chwil na rozejrzenie się. Wiem, że ostatnio spędza sporo czasu w swoim domu w zachodnim Londynie, ze swoją żoną Anitą Dobson (znaną jako Angie z serialu EastEnders). Ale mimo to, jestem lekko zszokowana ilością rzeczy jakie się tu znajdują. Przypomina to trochę wizytę u babci, ale na większą skalę. Chyba nic nigdy nie jest stąd wyrzucane. Posążki Buddy, chińskie smoki, fotografie Briana, kartonowe sylwetki Briana, świeczki, pluszowe pingwiny, figurki ze Star Wars, zestaw łazienkowy (ciągle w pudełku), zegar ze Snoopym… cały dom jest nimi zagracony. Naturalnie, ściany są ozdobione złotymi płytami – najpierw jestem zachwycona, a następnie ogromnie, do bólu zażenowana uświadamiając sobie, że w pewnym okresie swojego życia posiadałam wszystkie płyty Queen – ale są tam też paski komiksowe z Danem Dare’m oraz obraz syreny szyjącej na plaży. Obok wielkiego holu pod galerią znajduje się jadalnia z fortepianem i ogromny stół. Są tam świąteczne dekoracje i kiedy na nie patrzę, ogarnia mnie przeczucie że nikt tutaj nie jadł od ostatniego Bożego Narodzenia.

Po pewnym czasie słyszę wołający mnie monotonny głos, więc udaję się do pokoju z boazerią gdzie robione są zdjęcia. Brian jest zajęty oglądaniem własnych fotografii na laptopie. Martwi się tym jak na nich wygląda – „Chcę wyglądać na pana sytuacji”, mówi – i prosi o moją radę. Zaglądam mu przez ramię. No cóż. Ciężka sprawa, bo szczerze mówiąc wygląda identycznie na nich wszystkich, tak jak wyglądał w zasadzie we wszystkich etapach swojej kariery, i właśnie się zastanawiam jak mu to powiedzieć, kiedy on się odwraca i odkrywam – ojej! – że ma na nosie wprost gigantyczne okulary. Czy są jego? To chyba niemożliwe. Może należą do Anity. Czy założył je dla żartu? Nie. Za gigantycznymi oprawkami, jego mina jest całkowicie poważna. O rany. Próbuję się nie śmiać. Ale nie jest łatwo. Wygląda jak jak Deirdre Barlow, albo Kathy Burke w sitcomie Gimme Gimme Gimme.

Właśnie w tym momencie, wbrew sobie, zaczęłam zakochiwać się w Brianie May’u – może to i dobrze. Kiedy wreszcie idziemy do jego kuchni i zaczynamy wywiad (w pobliżu stoi deska do prasowania, jest przytulnie, ale powinnam dodać że pod ścianą stoi automat do pinballa z Flashem Gordonem), staje się jasne że nie będzie to zbyt łatwa rozmowa. May lubi sobie ponarzekać i traktuje wszystko trochę zbyt poważnie. A także nie znosi dziennikarzy, o czym wspomina mi więcej niż raz. „W druku ludzie mogą zrobić z tobą wszystko”, mówi. „Wszystko co mówisz jest rozbierane na części pierwsze. Ludzie to uwielbiają; czekają tylko aż popełnisz jakiś błąd.” Patrzy na mnie. „A w zasadzie, to… możesz mi przypomnieć, dlaczego to robimy?” Przypominam mu: May wyprodukował album o nazwie „Anthems” Kerry Ellis, wokalistki która grała Meat w oryginalnej produkcji musicalu Queen „We Will Rock You”, i teraz chce jej pomóc go wypromować. „A tak,” mówi. „To dla Kerry. Włożyłem tak wiele czasu i wysiłku w tworzenie czegoś, co moim zdaniem jest wspaniałym albumem.”

Dlaczego ona? Musi być wiele osób które chciałoby żeby zajął się produkcją ich płyty. „Ona po prostu zwaliła mnie z nóg, kiedy tylko przyszła na casting do roli Meat lata temu [co alarmujące, „We Will Rock You” wciąż odnosi sukces w Dominion Theatre po ośmiu latach]. Chyba po prostu jestem jej fanem. Ona dysponuje znakomitym instrumentem i ma w sobie pasję której zawsze się szuka w wokalistach, ale bardzo rzadko znajduje.”

Jestem pewna że docenia jego pomoc, ale nie możemy przecież rozmawiać cały dzień tylko o niej. Pytanie tylko, od czego zacząć. W ostatnich latach publiczny wizerunek Briana zmienił się nie do poznania. Kiedyś był postrzegany wyłącznie jako łagodnie usposobiony gitarzysta zespołu, którego najlepsze lata już dawno minęły, teraz jest uważany przez niektórych za najbardziej zrzędliwą gwiazdę rocka na świecie. Nie, nie chodzi o to że zaczął wrzucać paparazzich przed koła rozpędzonych samochodów; głównie jest to sprawa jego bloga, Brian’s Soapbox, który zaczął pisać w 2006 roku** i który aktualizuje regularnie. To ciekawa lektura: Pan Pooter spotyka Michala Douglasa z filmu „Upadek” (chociaż ma problem z pisaniem niektórych wyrazów niepotrzebnie z wielkiej litery). Czasem jest cały w uśmiechach, podpisuje się „Bri”, albo nawet „Dr Bri” i dodaje na końcu buziaczki. Ale jest też wiele rzeczy, które bardzo go irytują: palenie, fani sprzedający jego autografy na eBay’u, przegrzewające się komputery, obniżanie się poziomu nauczania, ludzie który nie zgadzają się w nim kwestii praw zwierząt.

W jednym z wpisów kilka lat temu, May narzekał że na kolacji upamiętniającej jego menadżera trasy koncertowej nikt nie słuchał mowy którą on, Brian, wygłosił. Co za grubiaństwo. Co gorsza, Suggs, wokalista zespołu Madness, zażartował na temat włosów jego i Anity (para miała podobne fryzury). „Ha ha ha”, pisał Brian. „Jak bardzo można rozczarować się na ludziach.” Ostatnio, kiedy jego fundacja Save Me walczyła o to, żeby zakaz polowania na lisy nie został zniesiony przez nowy rząd torysów, oskarżył przewodniczącego rady miejskiej Leicestershire, który powiedział że wiejskie społeczności nie będą słuchały kazań od „rozpieszczonej” gwiazdy rocka, o bycie „żałosnym, aroganckim, nadętym, smarkatym gnojkiem”.

„Nie martwię się o swoją reputację,” mówi kiedy o tym wspominam. „Ale moja kampania mnie zmieniła, bo są pewne rzeczy [ma na myśli nagrania przedstawiające okrucieństwo wobec zwierząt] których nie można zapomnieć.” Choć głosował na partię konserwatywną przez całe życie, najwyraźniej „szokiem” było dla niego odkrycie jak bardzo torysi są zdeterminowani w tej sprawie. „Byłem zbulwersowany.” Czy w takim razie przyjął z ulgą wiadomość o koalicji? „Nic nie jest pewne. Liberalni Demokraci są podzieleni w sprawie polowań na lisy. Rozmawiałem z niektórymi przed wyborami i niczego się nie dowiedziałem, i nadal nie wiem. Na razie nic się nie wydarzyło, głosy w parlamencie rozkładają się po równo i nikt nie wie jaki będzie wynik. Najgorszą rzeczą dla Towarzystwa Wiejskiego, które przez cały czas tylko czekało i zacierało ręce, byłoby gdyby odbyło się głosowanie i oni przegrali. Nie zaryzykują tego. Ale w każdej chwili mogą znowu poczuć się pewnie.

Nadal nie rozumiem, dlaczego zajął się tym wszystkim dopiero teraz. Polowania na lisy odbywają się przecież od setek lat. Nie zajmował się tą sprawą dopóki Partia Pracy nie doszła do władzy, a Partia Konserwatywna od zawsze była za krwawymi sportami. Ale Brian niewzruszenie twierdzi, że nie jest to późna zmiana poglądów. „Zawsze obiecywałem sobie, że jeśli zrealizuję swoje marzenia, poświęcę rok swojego życia na polepszanie warunków życia zwierząt.” Spodziewam się, że dostał wiele emaili z pogróżkami. „Tak. Facebook to koszmar… To było trudne i w pewnym momencie byłem mocno zdołowany. Musiałem od tego odpocząć i poukładać swoje sprawy bo ta cała sprawa zbyt mocno zawładnęła moim życiem. To było bardzo destrukcyjne.” A co zrobi, jeżeli rząd zadecyduje że powinno odbyć się głosowanie? „Wrócę do tego.” Wzdycha. „Dlaczego ci chorzy na umyśle bandyci chcą zabijać lisy kijami do krykieta? Nic we mnie nie jest w stanie tego zrozumieć. Ale wolałbym spędzać czas w swoim studiu. Nie chcę wracać do tych bzdur.”

Kiedy opowiada mi to wszystko, odnoszę wrażenie że unika kontaktu wzrokowego. Zastanawiam się: czy jest nieśmiały? „Prawdopodobnie. Tak jak wielu innych gitarzystów, prawda? Dlatego robią tyle hałasu. Kiedy byłem młodym chłopcem chodziłem na potańcówki i nie wiedziałem co robić. Chodziłem do szkoły tylko dla chłopców, więc byłem bardzo wstydliwy wobec dziewczyn. Na scenie grały zespoły i myślałem wtedy: gdybym ja tam był, wszystko byłoby dobrze. Byłbym swego rodzaju bohaterem i nie musiałbym się martwić o to, o czym rozmawiać z dziewczynami.” Czy kiedy jego zespół stał się później popularny, było to niepokojące czy ekscytujące? Czy nie zaczął być podejrzliwy wobec motywów innych ludzi? „To dość głębokie pytanie i trudno jest znaleźć w sobie odpowiedź. Z nieśmiałością wiąże się też wielka samotność. Byłem jedynakiem. Zawsze poszukiwałem czegoś, co pozwoliłoby mi uporać się ze samotnością. To miało duży wpływ. Grasz dla tysięcy ludzi, jest ta fantastyczna energia, czujesz się świetnie – ale potem wracasz do swojego pokoju hotelowego i znowu zostajesz sam na sam ze sobą, i z wielką samotnością. Wtedy czujesz, że potrzebujesz innych ludzi w swoim otoczeniu. To złożona sprawa.”

May wychował się w Hampton***, w Londynie. Jego ojciec był kreślarzem i słynna jest historia o tym, jak pomógł swojemu synowi zbudować pierwszą gitarę elektryczną własnymi rękami. Brian poznał pozostałych członków Queen w okolicach 1971 roku, kiedy wszyscy byli jeszcze studentami uniwersytetu (albo, w wypadku ich wokalisty Freddiego Mercury, studentami Akademii Sztuk Pięknych) w Londynie. Po tym jak poznałam May’a, trudno mi wyobrazić sobie jak dogadywali się z Mercurym. On jest zdecydowanie hetero, rock był wtedy bardzo macho, a Mercury był zniewieściały na długo zanim stało się to modne. „Chodziło wyłącznie o muzykę. Byliśmy dla siebie nawzajem jak lustro. Jak dzień i noc.” Po raz pierwszy spotkał Freddiego na obecnie nieistniejącym już Kensington Market. „On paradował w jakimś edwardiańskim stroju, z pomponem na rękawie. Przypomnij sobie tamten okres. Popatrz na zdjęcia Roberta Planta. Bajeczne loki, pięknie oświetlone. Mieliśmy takie samo podejście. Rock był przedstawieniem. Na Kensington Market panowała wtedy cudowna, metroseksualna atmosfera. Nie dało się odróżnić kto był gejem a kto nie, zresztą po co? Właśnie tego rodzaju energia kryła się za powstaniem Queen.” Kiedy Mercury dołączył do zespołu – przekonał ich że nadaje się na frontmana – często ganiał wokoło na próbach wrzeszcząc jak opętany. „Byliśmy trochę przerażeni. Nadal nie byliśmy przekonani [co do niego]. Ale to było ekscytujące. Panowało wspaniałe poczucie niebezpieczeństwa.”

Popularność osiągnęli stosunkowo szybko. W 1975 roku byli na czołówkach gazet w Ameryce w swoich kostiumach Zandry Rhodes. Majątek May’a szacowany jest obecnie na 75 milionów funtów. Jaki jest jego stosunek do własnego bogactwa? „Nieskomplikowany. Na początku nie miałem pieniędzy i nie zależało mi. Potem trochę zarobiłem i tak naprawdę też mi zbytnio nie zależało.” Czy pamięta, jak to jest być bez grosza? „Tak, i prawdopodobnie był to najszczęśliwszy okres w moim życiu. Mieszkałem wtedy ze swoją przyszłą żoną [Chrissie Mullen, matka jego trojga dzieci] w wynajmowanym pokoiku o powierzchni zbliżonej do tego stołu. Byliśmy stłoczeni jak śledzie w słoiku, mieliśmy kuchenkę z jednym palnikiem i żadnych problemów w życiu.” Ile miał lat kiedy poczuł, że już nie musi ciągle sprawdzać stanu konta w banku? „Myślę że nigdy nie dochodzi się do momentu, w którym w ogóle nie trzeba się tym przejmować. Nie jest trudno wszystko to roztrwonić, mówię ci. Nie będę wymieniał nazwisk, ale są ludzie w podobnej sytuacji do mnie którzy muszą cały czas pracować, żeby móc utrzymać swój styl życia. Ale nadal mam pewne dziwne nawyki. Czasem martwię się, że za dużo wydaję na jedzenie. Myślę sobie: to absurdalna kwota. Ale jeżeli akurat zakocham się w dagerotypach, wydam ile tylko będzie trzeba.”

Silnie podkreśla, że nie „wszedł do tego biznesu” dla sławy; zrobił to aby osiągnąć sukces, a to, jak twierdzi, jest zupełnie czymś innym. „Bycie sławnym ma wiele minusów. Dlatego nie lubię takich programów jak „The X Factor”. One propagują pogląd, że popularność jest czymś co należy osiągnąć za wszelką cenę, podczas gdy w rzeczywistości każdy kto ją osiągnie będzie srogo zawiedziony.” Odpowiadam mu, że sławni ludzie zawsze mi to mówią – wygląda na lekko zaskoczonego, Bóg jeden wie czemu – i że lekko mnie to irytuje. Bez przesady! No naprawdę, co jest takiego okropnego w jego życiu? „Ludzie nie rozumieją jak to jest być w tym ciele. Spotykasz się z różnymi reakcjami. Widzisz jak idą w twoim kierunku, widzisz po ich oczach że chcą nawiązać kontakt wzrokowy, i myślisz: co teraz będzie? Są tacy którzy mówią: ‚Przepraszam że zabieram ci czas, ale chciałem tylko powiedzieć, że bardzo lubię twoją muzykę i dzięki niej w 1974 roku nie popełniłem samobójstwa.’ Wymieniacie uścisk dłoni i jest świetnie. Są też tacy którzy mówią: ‚Jesteś tym gościem z tego zespołu?’ i wtedy myślisz: ‚Nie mam czasu na takie rzeczy.’ Ale trafiają się też tacy ludzie, którzy mają problem z twoją popularnością. Mówią: ‚Moja ośmioletnia córka cię uwielbia, ale ja myślę że jesteś beznadziejny.'”

Dlaczego więc nie stanie się niewidzialny? Idąc do jego domu obiecywałam sobie że nie będę nic mówić na temat jego włosów – „Trzymaj się z dala od włosów!”, powtarzałam sobie w samochodzie – ale teraz pytam, dlaczego po prostu ich nie obetnie… no wiecie, żeby nie rzucać się w oczy. „Przecież wtedy wyglądałbym idiotycznie”, odpowiada. W jego głosie nie ma ani śladu ironii.

A co sądzi na temat prasy? Niech powie, co mu leży na wątrobie. „Najgorzej jest wtedy, kiedy się rozwodzisz. Uwielbiają doszukiwać się problemów małżeńskich. To było straszne przeżycie dla mojej byłej żony [Brian rozwiódł się z Mullen w 1988 r.] oraz dzieci. Czy nie było jeszcze gorzej, kiedy Mercury (który zmarł na AIDS w 1991 r.) zachorował? „Kiedy już było z nim bardzo źle, wtykali kamery przez okno w łazience. Ale udało nam się dość dobrze go ochronić. Byliśmy blisko niego.” Ale jego utrata była po prostu okropna. „Byliśmy razem jako zespół dłużej, niż trwały nasze pierwsze małżeństwa. No, może nie całkiem. Ale łączyły nas bardzo bliskie więzi. Zajęło nam całe lata żeby odnaleźć się na nowo.”

Jak często rozmawia z pozostałą dwójką? John Deacon, basista Queen, nie występował z zespołem od 1997 roku. „Często rozmawiam z Rogerem [Taylorem, perkusistą]. Nie rozmawiam z Johnem bo on tego nie chce, co jest przykre, ale taki stan rzeczy mu odpowiada. Woli być odizolowany od tego wszystkiego i to jego wybór, który szanuję.” Czy rozeszli się w gniewie? „Nie, właściwie to nigdy… Sytuacja bywała napięta, ale…” No cóż. Na szczęście istnieją inne formy komunikacji niż mowa. 19 sierpnia w czwartek, May umieścił na swoim blogu wpis o treści: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Deacy! Bri.”

Muszę już wychodzić; kierowca May’a przyjechał żeby zabrać go do Londynu. Wychodzimy przez jego studio, które wygląda bardzo nowocześnie, a potem znów przez ogród, gdzie May uśmiecha się do pracującej tam dziewczyny. Wygląda na odrobinę szczęśliwszego niż w momencie kiedy przyjechałam, ale obawiam się że ten stan nie potrwa długo (i mam rację; kiedy następnym razem zaglądam na jego bloga, Bri jest oburzony, między innymi, postawą koalicji wobec praw zwierząt: „Prawdopodobnie najbardziej nieprzychylna jaką widzieliśmy do tej pory,” pisze, przez co myślę że jest nieco na bakier z historią). Całujemy się na pożegnanie i, bardzo uprzejmie, nalega żeby jego kierowca odwiózł mnie na skraj jego posiadłości, mimo że dojście tam zajęłoby mi tylko dwie minuty. Tak też się dzieje, chociaż czuję się skrępowana. Po dojechaniu na miejsce wysiadam z samochodu, a brama płynnym ruchem zamyka się za mną, jakby poruszana niewidzialną ręką. Spodziewam się, że nagrywa mnie kamera. Czy powinnam obrócić się i pomachać? Kusi mnie, ale w końcu decyduję się żeby iść dalej, zachowując swój uśmiech dla świata zewnętrznego.

* Chelsea tractor – określenie na samochód terenowy, którym właściciele jeżdżą wyłącznie po mieście
** naprawdę w 2002 roku

*** naprawdę w Feltham

Tłumaczenie: Michał „Wundżun” Dettlaff

Źródło: Queen Corner Online