Tłumaczenie wywiadu, którego Brian May udzielił Neilowi McCormick’owi z Daily Telegraph na początku marca 2011 r.

„Jeśli jeszcze raz ktoś spyta, ‚Jakie to uczucie pracować z Freddiem Mercurym?’, zwymiotuje”, westchnął Brian siadając na przeciwko mnie. To niezbyt pomyślny prognostyk dla naszego spotkania, zwłaszcza, że jego tematem jest 40. rocznica powstania Queen, którego frontmanem był właśnie Freddie Mercury, ciągle będący wielką fascynacją dla rzeszy ludzi.

By być fair, muszę przyznać, że 63-letni gitarzysta jest o dziwo nadzwyczaj uprzejmy i spokojnie odpowiada, starając się jak najgłębiej drążyć aż do prawdy. Niestety, ale ta zahacza również o krawędź ambiwalencji wobec grupy, która zdominowała większość muzycznego życia May’a. „Queen rzuca długi cień”, jak sam to określa.

„Gdy Freddie zmarł, to było jak strata członka rodziny, każdy z nas radził sobie z tym inaczej. Przez jakiś czas, naprawdę chciałem uciec od Queen; Nie chciałem o nim słyszeć. Myślę, że to była moja żałoba. Ale jestem bardzo dumny z tego, co zrobiliśmy razem. Mój Boże, to była naprawdę interesująca podróż, która cały czas sprawia mi radość.”

Zespół Queen, który powstał w 1971 r., i faktycznie przestał istnieć wraz ze śmiercią swego wokalisty w 1991 r., nadal jest wszechobecny w popkulturze. Ich Greatest Hits jest najlepiej sprzedającym się album wszech czasów w Wielkiej Brytanii, a musical We Will Rock You jest wystawiany nieprzerwanie od 9 lat w całej Europie. W tym miesiącu wytwórnia Island Records zaczyna reedycje wszystkich albumów, zaczynając od pierwszych pięciu: Queen, Queen II, Sheer Heart Attack, A Night at the Opera and A Day at the Races. Ponadto powstaje film o Freddiem, w którym główną rolę gra Sacha Baron Cohen, a w Londynie właśnie odbywa się wystawa „Stormtroopers in Stilletos” poświęcona wczesnemu okresowi istnienia zespołu.

May przyznaje, że on i perkusista Roger Taylor (basista John Deacon przeszedł na emeryturę w 1997 r.) byli dość niespokojni oglądając zdjęcia ze swojej młodości. „To był wstrząs – nasze dzieciństwo na wyciągniecie ręki”.

May i Taylor założyli zespół Smile w latach 60. Farrokh Bulsara (prawdziwe nazwisko Freddiego) przed przyłączeniem do zespołu był ich fanem. Jaki potencjał dostrzegł w nim May? „Można powiedzieć, że zaufaliśmy mu na słowo. Jego osobowość była naprawdę silna. Na początku nie dostrzegaliśmy wielkiego piosenkarza. Po prostu zobaczyliśmy kogoś kto ma niesamowitą wiarę w siebie i charyzmę, poza tym bardzo go polubiliśmy.”

Mercury rozwijał się jak błyskawica. „Myślę, że po raz pierwszy powaliło mnie to, gdy pewnego razu będąc z Freddiem w studio, ten wielokrotnie słuchał swego głosu powtarzając ‚Nie, tak nie może być’, a następnie rzucał się w wir pracy. Był wyjątkowy, w bardzo krótkim czasie nauczył się wykorzystywać swoją technikę.”

Tym, co szczególnie uderza jest fakt, że Queen ma naprawdę ogromny zakres i różnorodność materiału, nawet z najwcześniejszego okresu – począwszy od heavy rocka, chwytającego popu, słodkiego folku, a skończywszy na zaskakujących eksperymentach.

„Nie było żadnych ograniczeń. Naszymi idolami byli Beatlesi i Jimi Hendrix, rzeczy takie jak The White Album były dla nas religijnymi tekstami, określeniem jak wolni i kreatywni możemy być. Mieliśmy lepsze zabawki niż oni – studio znacznie się rozwinęło. Byliśmy jak malarze, których puszczono luzem z mnóstwem pięknej farby. Trudno to nazwać. To tylko czterech facetów robiących muzykę z pasją.

Wszyscy czterej okazali się doskonałymi kompozytorami, co nie brzmi jak przepis na pomyślną współpracę. „Każdy z nas był równy, bardzo ze sobą konkurowaliśmy. Nikt nie mógł pozwolić sobie na pojedynczy dźwięk, bez uzgodnienia z pozostałą trójką.” Brian przyznaję, że sesje często były najeżone trudnościami. „Byliśmy kłótliwi do tego stopnia, że prawie zniszczyliśmy siebie nawzajem. Czterech artystów z pędzlami w rękach próbuje malować na tym samym płótnie.”

Mercury był zazwyczaj rozjemcą. „Freddie nie był żądny władzy. Ludzie widzą go jako divę, która chciała iść własną drogą, ale on był mediatorem, facetem, który odbierał argumenty kłócącym się stroną. Wolał koncentrować się na ważnych sprawach.”

Najcieplejsze wspomnienie May’a o Queen, o dziwo, dotyczy ostatnich sesji nagrywanych w Montreux, w okresie poprzedzającym śmierć Freddiego. „Było jasne, że Freddiemu zostało mało czasu, ale on po prostu chciał żyć normalnie, i robić tyle muzyki, na ile to możliwe. Mówił: ‚Nie przestawajcie pisać, zachowajcie wszystkie nagrania, dokończycie je gdy odejdę.’ W pełni pogodził się ze swoim losem.”

„Byliśmy tam z najbliższą rodziną, w tym ciepłym i przytulnym miejscu, gdzie mogliśmy po prostu tworzyć. Freddie kochał to. To była jego ulubiona rzecz na świecie, robienie muzyki, sprawianie, że nie możliwe staje się możliwe. W tamtym czasie nie było z nim zbyt dobrze, ale jeśli chodzi o to, powtarzał ‚Hmm dobrze, potrzebujemy wokalu, czyż nie? Dam radę’. Następnie pił kieliszek wódki, podpierał się na biurku i śpiewał z tak niesamowitą pasją i werwą, aż brakowało mu sił i z powrotem opadał.”

Dla kogoś kto zaczął wywiad bojaźliwą dyskusją o Freddiem, May oferuje coś takiego, nieproszony: „Myślę o Freddiem cały czas, naprawdę. Nie ma dnia, abym nie miał jakiejś myśli o nim.”

„Dawniej był tylko ból, nie potrafiłem o nim mówić. Teraz inaczej to postrzegam. Freddie jest częścią naszego życia, nadal w bardzo istotny sposób. Nie mówię, że nie ma momentów, w których chce mi się płakać, bo są, ale przez większość czasu czuje radość”.

Źródło: telegraph.co.uk

Tłumaczenie: aber