fot.: A. Degórska
fot.: A. Degórska

21 lutego w Kraków Arena wystąpił Queen wraz z Adamem Lambertem i był to ich drugi wspólny koncert w Polsce. Choć ceny na krakowski koncert były kosmiczne, arena była wypełniona po brzegi i jak się okazało później, warto zapłacić każde pieniądze, by zobaczyć to spektakularne show… czego zresztą można było się spodziewać po legendarnej kapeli. Scena, zaprojektowana na kształt litery Q, wyglądała naprawdę królewsko, zaś liczne wizualizacje, lasery uczyniły cały koncert jednym z najlepiej zaplanowanych show, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. Adam Lambert rozwinął zaś skrzydła i w porównaniu do koncertu we Wrocławiu widać, że czuje się zdecydowanie pewniej na scenie, przez co miałam wrażenie, że zdominował koncert Queen.

fot.: A. Degórska
fot.: A. Degórska

Punkt 20:00 cały stadion był wypełniony i wszyscy niecierpliwie czekali na pojawienie się gwiazdy wieczoru. W oczekiwaniu na rozpoczęcie występu fani zaczęli tworzyć ,,falę’’, co było bardzo sympatycznym, jednoczącym gestem. W końcu światła w arenie zgasły i usłyszeliśmy pierwsze dźwięki piosenki One Vision, kurtyna z logotypem Queen opadła i na scenie zobaczyliśmy tak wyczekiwanych przez nas muzyków. Scena robiła wielkie wrażenie, ogólna euforia udzieliła się wszystkim, ale niestety zauważyłam, że muzycy nie trzymają rytmu, co mogło być spowodowane złymi odsłuchami, przez co nie słyszeli siebie nawzajem. Na szczęście te trudności panowały tylko w pierwszej piosence.

Większość pozycji z setlisty była do przewidzenia, bowiem głównie usłyszeliśmy największe hity zespołu, takie jak m.in. Another One Bites the Dust, I Want to Break Free, A Kind of Magic, Who Wants to Live Forever, Radio Ga Ga, The Show Must Go On czy Bohemian Rhapsody. Muzycy zagrali również mniej znane kawałki z lat ’70., mianowicie zwariowane Stone Cold Crazy czy majestatyczny utwór In the Lap of the Gods… Revisited. Podczas piosenki Killer Queen Adam Lambert spoczął sobie na królewskiej kanapie i nonszalancko machał wachlarzem. Trzeba oddać, że wokalista nabrał pewności siebie i tak jak we Wrocławiu był trochę w cieniu, to teraz w Krakowie to on grał pierwsze skrzypce. Osobiście nie spodobała mi się jego maniera – łapanie się za krocze, pokazywanie języka przy wyśpiewywaniu wysokich nut, ogólne gwiazdorzenie. Adam zagadywał publiczność i żartował, jednak nie wszystkie żarty spotkały się z moim pozytywnym odbiorem. Trzeba mu jednak oddać to, że ma niezłą skalę głosu, jednak stosuje on zbyt wiele ozdobników. Niestety, piosenkarzowi nie udawało się zachęcić publiczności do śpiewania niektórych fraz muzycznych, z czego słynął Freddie Murcury, który dosłownie rządził tłumem. Pozytywne wrażenie robiły natomiast stroje Lamberta, które były kontrowersyjne, ale rzucały się w oczy, o co przecież chodzi na scenie. Skórzane, czarne wdzianko, które miał na sobie podczas pierwszych piosenek, przypominało strój Freddiego z początku lat ’80., natomiast garnitur w cętki i korona, którą założył pod koniec występu nasunęły dość jednoznaczne skojarzenie.

fot.: A. Degórska
fot.: A. Degórska

Po utworze Somebody to Love Lambert zszedł ze sceny i Brian May został sam wraz ze swoją gitarą. Zagadując parę zwrotów po polsku, wyraził swój zachwyt Krakowem i poprosił nas, żebyśmy zaśpiewali specjalnie dla Freddiego piosenkę Love of my Live, którą Queen zawsze śpiewali wraz z publiką. Był to jak zwykle jeden z najbardziej wzruszających momentów koncertu. Wszyscy wiedzieliśmy, że pod koniec piosenki na telebimie wyświetlony zostanie Freddie, który wraz z nami wyśpiewa słowa tej pięknej ballady. Tak też się stało i nie sposób było opanować łez, zwłaszcza, że efekt wzbogacili również fani, którzy zaplanowali w tym momencie zapalić latarki w komórkach, co wyglądało naprawdę wspaniale. Parę osób wokół mnie wycierało łzy, zresztą sam Brian się wzruszył. Na pewno taki moment daje mu dużo do myślenia, wywołuje wspomnienia oraz skłania do refleksji, w końcu czas nieubłaganie upływa. Po tym utworze Brian postanowił nagrać selfie 3D z krakowską publicznością. Ci, którzy się załapali z pewnością mają niesamowitą pamiątkę.

Po dołączeniu reszty zespołu na scenę, muzycy wykonali piosenkę ’39, zabierając nas gdzieś w kosmos – w końcu dr astronomii Brian May zna się na gwiazdach jak nikt inny. Był to bardzo przyjemny moment, po którym za mikrofon chwycił Roger Taylor, by wykonać A Kind of Magic. Odniosłam wrażenie, że Roger trochę się męczy przy wysokich dźwiękach, czego wcześniej nie zaobserwowałam na koncercie we Wrocławiu. Czyżby czas robił swoje? Szkoda, że w Krakowie nie usłyszeliśmy w jego wykonaniu piosenki These Are the Days of Our Lives.

fot.: A. Degórska
fot.: A. Degórska

Świetnie zabrzmiało solo basisty Neila Fairclougha oraz perkusyjny ,,przepychaniec’’ Rogera Taylora i jego syna Rufusa. Po tych energetycznych instrumentalnych przerywnikach na scenę powrócił Adam Lambert, by w duecie z Rogerem wykonać numer Under Pressure. W kosmos znowu odlecieliśmy za sprawą utworu Last Horizon, podczas którego na telebimach widzieliśmy Briana na gwieździstym tle, zaś lasery, które wystrzeliły w naszą stronę, stworzyły jakąś niesamowitą aurę. Następnie May kolejny raz dał popis swojej sztuki podczas gitarowego solo. Lambert powrócił na scenę wraz z Tie Your Mother Down, ale tak naprawdę najlepiej zabrzmiała piosenka Dragon Attack – zadziornie i niezwykle seksownie, dosłownie nie sposób było stać w miejscu. Po tym energetycznym zastrzyku usłyszeliśmy kolejne wielkie przeboje, czyli I Want It All, podczas którego rozpoczęła się prawdziwa wrzawa wśród publiczności, Radio Ga Ga, Crazy Little Thing Called Love oraz The Show Must Go On, który był jak zwykle bardzo majestatycznym i wzruszającym momentem. Nie mogło również zabraknąć Bohemian Rhapsody, w które to wpleciono fragment występu Freddiego. Po odtworzeniu środkowej, ,,chóralnej’’ części piosenki, zawsze następuje wybuch ,,dynamitu’’ podczas mocnego wejścia perkusji i gitary, ale tym razem coś niestety nie zagrało i nie było tak silnego wrażenia. Po tej piosence zespół zszedł ze sceny, ale my wiedzieliśmy, że powróci, by już według swojej długoletniej tradycji odegrać We Will Rock You oraz We Are the Champions. Przy dźwiękach hymnu God Save the Queen zespół pożegnał się z nami, zaś z góry spadło złote konfetti. Królewskie przedstawienie dobiegło końca.

Wspaniale było znowu usłyszeć na żywo legendarne piosenki. Myślę, że wiele osób tego dnia rozkochało się w muzyce Queen na nowo. Porównując oba koncerty muszę stwierdzić, że wrocławski występ, choć pozbawiony był wspaniałej sceny i wizualizacji, porwał mnie od pierwszego taktu. Natomiast w Krakowie następowało to stopniowo, trudno było zaakceptować zachowanie Lamberta i choć podziękował nam, że daliśmy mu szansę występu z Queen, wątpiłam w szczerość jego intencji. Brian May spytał nas podczas koncertu, jak nam podoba się Adam, ale owacje były raczej powściągliwe. Gwiazda Queen nigdy nie zgaśnie, ale czas leci nieubłaganie i odniosłam wrażenie, że sami muzycy zdają sobie z tego doskonale sprawę.

Aleksandra Degórska

http://allyouneedismusic.blog.pl/

ornament