Doug Bogie (z prawej) w 1969 r.; fot.: vintagehofner.co.uk
Doug Bogie (z prawej) w 1969 r.; fot.: vintagehofner.co.uk

First of all – huge thank you to Barbara Mucci and  to Comunità♔Queeniana Italiana for kind permission to translate this great interview. Keep the good job going and we owe you one🙂. 

W pierwszej kolejności – wielkie dzięki dla Barbary Mucci i Comunità♔Queeniana Italiana za pozwolenie na przetłumaczenie tego świetnego wywiadu. Dobra robota, jesteśmy Waszymi dłużnikami🙂.

Poniżej znajdziecie Państwo tłumaczenie – mamy nadzieję – interesującej rozmowy, którą Barbara (z pomocą Claudio Tassone) przeprowadziła z Dougiem Bogiem, trzecim basistą Queen, który w styczniu 1971 r. zastąpił Barry’ego Mitchella. Po nim był już tylko John Deacon. Miłej lektury!

Doug Bogie nie jest anonimowy wśród fanów Queen. Był trzecim i ostatnim basistą (po Mike’u Grosie i Barrym Mitchellu), zanim do zespołu dołączył John Deacon i stworzył magię. Doug był bardzo uprzejmy zgadzając się na wywiad dla Comunità Queeniana Italiana. Nie mógł uwierzyć, że ktokolwiek po tylu latach mógłby być zainteresowany jego historią (którą określa jako „mały przypis do wszystkich rzeczy związanych z Queen, ale uwierz mi Doug – to coś znacznie większego!).

Barbara Mucci: Wszyscy znamy Cię jako Douga Bogie, ale jak brzmi Twoje pełne nazwisko?

Doug Bogie: Doug Bogie jest w porządku, mam dłuższą wersję, ale jest ona nieistotna, na pewno nie jest nią Doug Ewood!

BM: Prawdę mówiąc, oprócz „Doug X”, związanego z czyjąś zawodną pamięcią odnośnie do Twojego prawdziwego nazwiska, byłeś przez lata znany również jako „Doug Ewood”. Czyli Ewood nie jest jednym z Twoich nazwisk.

DB: Nie, nigdy nim nie było – ktoś to wymyślił! Po angielsku „Bogie” jest bardzo głupio brzmiącym nazwiskiem… jak mogli mnie zapomnieć? W Szkocji, skąd pochodzi, to o wiele lepsze nazwisko.

BM: Skąd zatem wzięło się nazwisko „Ewood”? Dlaczego ludzie Cię tak nazwali?

DB: Leniwy dziennikarz, jak mniemam?

BM: Oh, prasa! Nie jestem dziennikarką, eh!

DB: Jestem przekonany, że przykładasz dużą wagę do faktów. 

BM: Dziękuję! Zatem… Kiedy pierwszy raz zetknąłeś się z Queen? Czy ktoś Cię im przedstawił?

DB: Byłem muzykiem-amatorem, ale miałem w zwyczaju przeglądać ogłoszenia w tygodniku muzycznym Melody Maker… W jednym z nich, w styczniu 1971 r., „wspaniały nowy zespół poszukiwał basisty”. Zadzwoniłem pod podany numer i poszedłem za ciosem. Mieszkałem poza Londynem, wsiadłem w autobus i wziąłem udział w przesłuchaniu w sali wykładowej Imperial College, na uniwersytecie do którego chodził Brian, tuż za Royal Albert Hall. 

BM: Ile miałeś lat?

DB: 17.

BM: Tylko 17? Serio? Wow! Jak czułeś się, gdy dołączyłeś do zespołu? Jakie odniosłeś wrażenia, jeśli chodzi o otoczenie? Czy kiedykolwiek wcześniej byłeś członkiem zespołu? Jakby nie patrzeć, miałeś raptem 17 lat…

DB: Cóż – pewnie dlatego wszystko poszło nie tak… kilka lat różnicy, gdy ma się 17 lat, to naprawdę przepaść! Cóż… byłem w dwóch lokalnych kapelach razem z kumplami ze szkoły – głównie zakorzenionych w bluesie, trochę coverów, trochę własnych kompozycji. W latach 1969-70 wynajmowaliśmy salkę… Esher Town Hall, zaklep bardziej znaną lokalną kapelę, a potem graj jako support… Ale to było świetne uczucie zostać poproszonym o dołączenie do bardziej rozwiniętej grupy. 

BM: Wyobrażam sobie!

DB: Chociaż wtedy zawsze nazywano nas kapelami. Będąc semi-profesjonalistami wszyscy pracowali na pożyczonym sprzęcie – jedynie sala prób na uniwersytecie była czymś wyjątkowym – nie jakąś tam piwnicą, czy inną wiejską świetlicą.

W tamtym czasie próbowałem dostać się do świata studia nagraniowego… Przez wiele lat fascynował mnie dźwięk, więc studio szło z tym w parze.

BM: Więc Twoim celem nie było stanie się gwiazdą rocka?

DB: Chciałem pracować w studio, a moim hobby było granie w zespole odkąd ukończyłem 14 lat. Cóż, wtedy wszystko wydawało się powiązane ze sobą… ale nie, niespecjalnie.

Kiedy byłem młody, media nie zrujnowały jeszcze wszystkim pojęcia o tym, kim chcą zostać! Chciałeś być dobrym muzykiem, grać koncerty i tworzyć albumy… dopiero pod koniec lat ’70. stało się to czymś wielkim – nie tylko muzyka… Teraz wygląda na to, że każdy chce być celebrytą – tylko po co? Pokolenia się zmieniają – świat się zmienia…

W tamtych czasach – była różnica pomiędzy grupami POP – The Beatles (niesamowici, wspaniali, etc.), którzy byli wszędzie a zespołami Rockowymi – bardziej zorientowanymi na bluesa i koncertowanie. Wydaje mi się, że chciałem być świetnym bluesmanem, a nie gwiazdą pop.

Teraz możesz być jednym i drugim jednocześnie!

BM: Ale czasami nie jest to najlepsze…

DB: Trochę zboczyliśmy z tematu – ale takie wtedy były realia…

Jim Jenkins i Doug Bogie, Zlot Oficjalnego Fanklubu Queen w 2014 r.; fot.: John Brace
Jim Jenkins i Doug Bogie, Zlot Oficjalnego Fanklubu Queen w 2014 r.; fot.: John Brace

BM: Pamiętasz ile koncertów zagrałeś z Queen? Niektórzy mówią, że dwa, inni – kilka…

DB: Pamiętam… niestety tylko dwa… Było cudownie! Postrzegałem to jako coś wyjątkowego! Jak pompatyczne Led Zep! Nadal gram w taki sposób, jednak w dzisiejszych czasach jedynie dla własnej przyjemności.

BM: Ktoś stwierdził, że na Twoim pierwszym koncercie z Queen, w Hornsey Town Hall, publiczność składała się z zaledwie sześciu osób. Czy to prawda? Co myślałeś w takich chwilach? Niektórzy mówią, że są bardziej przerażeni grając przed małą publicznością. Zgadzasz się z tym poglądem?

DB: To była OLBRZYMIA hala… bardzo ciemna, kilka świateł i trochę olejnych projekcji na ścianie. Publiczność zdawała się być mile od sceny… żadnych siedzeń, tylko kilku gości szwędających się dookoła.

W tamtych czasach dość kiepsko traktowano supporty… prawie zerowe oświetlenie, mało uwagi ze strony technicznych – i niski dźwięk. Nagłośnienie i tak niewiele dawało.

Pamiętasz Curved Air?

BM: Cóż… nie… wybacz…

DB: Ok – dygresja – Pracowałem robiąc mix nagłośnienia podczas trasy… zabawny epizod. Zgłosiłem się do tej roboty (w wieku 20 lat) w Rainbow. Wszedłem i udawałem, że wiem co robię! Tyle z tego zapamiętałem!

Wykonywałem kilka osobliwych zawodów. Ale miałem to szczęście, że zawsze robiłem w tym, co większość osób nazwała by swoim hobby!

BM: Tak, masz rację!

A co ze sławnym i głośnym incydentem, gdy ukradłeś show reszcie zespołu? Gdzieś przeczytałam, że to nieprawda i musiałeś uczyć się do egzaminów na studia. Co się tak naprawdę stało? Co pamiętasz z tego koncertu?

DB: Cóż – czytałem to… absolutny nonsens! Byłem dość towarzyski i grałem na basie – dość łatwo jest zacząć trochę podskakiwać… Dobrze się bawiłem – stojąc obok Rogera Taylora – którego strasznie podziwiam (jako perkusistę i wokalistę). Musiałem rozdrażnić Freddiego – Brian też nie wydawał się zbyt zachwycony! Dlaczego nic nie powiedzieli? Z radością bym się dostosował… ale tak bardzo kochałem grać! Kto by nie podskakiwał z radości? Pewnie też ocenili moją grę jako nie dość dobrą!

Trzeba powiedzieć, że moje doświadczenie z większością „poważnych” gitarzystów jest takie, że potrafią być całkiem introwertyczni i podatni na humory. Hej – byłem młody! Byli jakieś 4-5 lat starsi ode mnie.

Oh, jest jedna rzecz, którą chcę powiedzieć – zanim zapomnę!

BM: Ależ proszę!

DB: Zadziwiające jest to, że to czego najbardziej żałuję, to że mogłem się stać prawdziwym przyjacielem chłopaków… i nawet moje późniejsze życie pokazuje, że był potencjał na osiągnięcie znacznej kompatybilności… Jednakże, C’est la vie… Oczywiście – zyskali gościa, który napisał kilka genialnych i bardzo popularnych piosenek – dokonali właściwego wyboru.

BM: Czyli to Ty odszedłeś z zespołu, a nie zostałeś z niego wyrzucony?

Plakat promujący koncert w Hornsey Town Hall, 19.02.1971 r.; fot.: queenconcerts.com
Plakat promujący koncert w Hornsey Town Hall, 19.02.1971 r.; fot.: queenconcerts.com

DB: To było tak… Myślałem, że zagraliśmy dwa wspaniałe i ekscytujące koncerty. Jednakże, na tyłach pożyczonego vana, po koncercie Yes w Kingston Polytechnic, nastąpiła jedna z tych rozwalających wszystko dyskusji: „wszystko jest potworne”, „to strata czasu”, a Freddie ogłosił, że nie chce tego dalej ciągnąć… Zatem, jako nowy chłopak, który nie ma zielonego pojęcia o ich wcześniejszej działalności i panujących między nimi stosunkach – przyjąłem do wiadomości, że to koniec eksperymentu! Szkoda, ale to nic nietypowego w zespołach, których członkowie są kreatywnymi ludźmi.

BM: Wow, zdajesz sobie sprawę, że piszemy na nowo historię…?!

DB: Dwa lata później, gdy ukazał się pierwszy album, doszedłem do wniosku, że… Freddie i chłopaki powiedzieli to wszystko tylko po to, żeby mnie zwolnić, nie będąc przy tym niemiłymi. Z perspektywy czasu – byli typem ludzi, którzy zapewne zawsze mieli sesje sprawozdawcze. Ale tak to było… Od Bohatera do Zera, w zawrotnym tempie…

Już kiedyś o tym wspominałem – zatem gdzieś to musi krążyć.

BM: Wszędzie czytamy tylko TE historie, o Twojej wylewności… Wielka szkoda…

DB: Oh, rozumiem… No cóż, to właśnie ja! Powinienem na chwilę odejść i sobie poszlochać…!

BM: Jesteś przezabawny, Doug!

Tak jak wspominałeś, tamtego dnia, w Kingston Polytechnic, występowało również Yes. Pamiętasz nastawienie jakie panowało między Queen a innymi zespołami, przed lub po tamtym koncercie?

DB: Tylko my i Yes (zabawne jest tak mówić, ale w tamtym czasie – byłem członkiem Queen – zatem to „MY”). Cóż – byłem wielkim fanem YES! Album Yes (ich drugi) miał na mnie duży wpływ, wciągnął mnie w rocka progresywnego – znałem go niemal nuta w nutę… Byłem bardzo podekscytowany będąc ich supportem!

Właśnie wrócili z USA i przywieźli ze sobą olbrzymi (jak na tamte czasy) system nagłośnieniowy należący do Iron Butterfly. Olbrzymie kolumny, podobne do tych umieszczanych za ekranami w kinach – bardzo nowoczesne!

Nie pozowolono nam używać własnych wzmacniaczy/bębnów, miejsce przypominało szkolną świetlicę, więc scena była malutka. Więc wyobraź to sobie! Miałem zagrać na należącym do Chrisa Squire’a wzmacniaczu Fender Dual Showman z dwoma piętnastocalowymi srebrnymi kolumnami! Cudownie!

Jednakże… Yes zdecydowanie nie byli nami zachwyceni, więc nie było przyjaznej pogawędki (którą bym widział lub słyszał). Po prostu zagraliśmy nasz set w światłach ustawionych na połowę mocy i ledwie włączonym nagłośnieniem, bez żadnej próby dźwięku… Ktoś powiedział mi, że Brian odczuł na własnej skórze złe nastawienie Chrisa za kulisami – sam jednak niczego takiego nie widziałem.

Mówi się, że spotkanie swoich bohaterów nie zawsze jest dobrym pomysłem – może słusznie. 

BM: Tego dotyczy następne pytanie… Ponownie odnośnie do Yes, wiele lat później Steve Howe zagrał oszałamiające solo w utworze Innuendo. Podobnie ś.p. Chris Squire… wielki Chris Squire… bardzo dobrze współpracował z Rogerem przy Smoke on the Water w ramach Rock Aid Armenia. Pamiętasz czy zaistniały jakieś relacje między Brianem i Stevem za kulisami Kingston Polytechnic?

DB: Muszę jednak powiedzieć – YES zagrali fantastycznie! Przykro mi, nie pamuętam. Zawsze miałem wrażenie, że Steve Howe był jedynym elementem Yes, który ciągnął ich w dół – zero bluesrockowej duszy… samo nerwowe szarpanie za struny… wydaje się jednak miłym człowiekiem. 

Ulotka promująca koncert YES i Queen w Kingston Polytechnic 20.02.1971 r.; fot.: queenconcerts.com
Ulotka promująca koncert YES i Queen w Kingston Polytechnic 20.02.1971 r.; fot.: queenconcerts.com

BM: Czy zawsze byłeś tak zabawnym i sympatycznym gościem? Czy byłeś taki sam będąc członkiem Queen? Jeśli tak, to czy Twój krótki pobyt w zespole był ogólnie radosny, czy były jakieś napięcia, zanim ich ostatecznie opuściłeś?

DB: Cóż. Musiałabyś zapytać innych… Mam wrażenie, że jestem taki sam… jednak powiedziano mi, że potrafię być przerażający w miejscu pracy (Nie wierzę w to!) Jednakże – całe te dawne czasy… Mam tylko dobre wspomnienia.

Roger był cudownym rozrywkowym gościem, Brian – cóż, nigdy nie wyszedł zza swojej introspekcji przez ten krótki czas, kiedy go znałem… Freddie był przyjazny, bawiłem się świetnie, gdy odwiedziłem go na jego straganie… Więc było mi trochę przykro, gdy odkryłem, że mieli mnie za cymbała.

BM: Rozmawiając z Jimem Jenkinsem podczas Zlotu Fanów Queen w 2014 r. powiedziałeś, że spośród pozostałych członków zespołu najbardziej przypadł Ci do gustu Roger, dlaczego?

DB: Cóż – był przyjazny, łatwo się z nim gadało… i miał niesamoicie wielki talent! I w tamtym czasie był najlepszym wokalistą w zespole!

W tamtym czasie Freddie nie był człowiekiem, którym się stał. Miał wszystkie pomysły… miał zostać wielką gwiazdą, ale wtedy – jego śpiew wciąż się rozwijał. To całkiem normalne… Każdy potrzebuje czasu na rozwój.

To jak Aktorzy i Gwiazdy Filmowe – to zupełnie różne rzeczy – Freddie miał w sobie jakość gwiazdy – jego śpiew musiał go dogonić… i bez wątpienia dogonił!

BM: Właśnie opowiedziałeś o Rogerze i Freddiem. A co z Brianem? Co o nim wtedy myślałeś?

DB: Cóż, był tym cichym… Zawsze grzeczny i przyjazny… Wszystkie te zaciekłe rzeczy musiały mieć miejsce, gdy nie było mnie w pobliżu!

Czułem się jak ryba w wodzie, bo wszyscy wypowiadaliśmy się w podobny sposób – jak dobrze wychowani ludzie, więc ta mieszanka ludzi bardzo mi odpowiadała.

Oczywiście uwielbialem to, jak Brian grał, jestem przekonany, że zostałem tym dotknięty i na zawsze zainspirowany.

BM: …a John Deacon, czy spotkałeś go zanim dołączył do Queen?

DB: Nie… wydaje się porządnym gościem – i nie możesz przecenić faktu posiadania „popowego”  basisty i kompozytora… Czy kiedykolwiek odnieśliby sukces w USA bez jego genialnych piosenek? 

BM: Another One Bites the Dust, jego autorstwa, było największym hitem Queen w USA.

DB: Tak jest!

DB: Co sądzisz o utworze Misfire z Sheer Heart Attack, jeśli kiedykolwiek ją słyszałeś? To kolejny utwór Johna Deacona…

DB: Dobra piosenka – nie wybijająca się, ale to były początki… Raczej wolałem riffujące numery. Dawaj mi Led Zep!

BM: To bardzo poważne pytanie, więc nie śmiej się: czy kiedykolwiek spotkałeś Barry’ego Mitchella?

DB: Nie, ale wymieniliśmy kilka wiadomości na Facebooku – gdy Jim Jenkins przekonał mnie, że znajdą się osoby zainteresowane moją krótką historią. Jak mawia Jim – niektórzy tak bardzo interesują się Queen, że  każdy mały przypis coś dla nich znaczy…

BM: To zupełnie jak ja i Comunità Queeniana! Mamy nieustający głód Queen!

DB: Wiesz… To było bardzo poruszające – Dostałem ponad sto życzeń urodzinowych od przyjaciół, których poznałem przez Facebooka🙂  Bardzo słodkie.

BM: To oznacza, że na nie zasłużyłeś!!

Czy, poza wizytą na straganie Freddiego, miałeś okazję spotkać członków Queen poza zespołem? Jakieś piwo albo spacer? Czy była to tylko praca?

DB: Myślę, że to z Rogerem poszliśmy spotkać się z ich przyjacielem Paulem, który był agentem – musiałbym posprawdzać nazwiska etc… to on organizował koncerty… a jakieś dwa lata później, gdy z moją ówczesną dziewczyną byliśmy w Natural History Museum w Londynie. Właśnie mieliśmy wychodzić – schodząc po tych wielkich flizowanych schodach, gdy niemal wpadliśmy na Briana i jak mniemam jego żonę… Porozmawialiśmy przez chwilę i już… Kulturalnie i przyjaźnie – tak, jak spodziewałbyś się po dobrze wychowanych chłopakach z klasy średniej.

W tamtym czasie pracowałem w CBS Studios i naprawdę byłem szczęśliwy rozmawiając z Brianem.

Spotkałem Briana jeszcze jeden raz… Obaj pracowaliśmy w AIR Studios w Londynie. Ja nagrywałem kawałki dla RAF 1, a Brian pracował nad albumem charytatywnym Concert for Kampuchea.

Zdziwiłem się, że mnie poznał – to był 1979 r. Porozmawialiśmy i wyjaśniłem, że pracuję w studio 2, a on życzliwie zaoferował, że wpadnie do studia przywitać się ze wszystkimi… członkowie zespołu byli zdumieni, że naprawdę byłem w Queen!

R-2986976-1310526555.jpeg
Okładka debiutanckiego albumu R.A.F. – 1980 r.

BM: Zmieńmy temat… 9 stycznia 1971 r. Queen grał w Ewell Technical College, supportując Genesis. Legenda głosi, że Roger dostał zaproszenie do dołączenia do Genesis i porzucenia Queen. Czy kiedyś o tym słyszałeś albo Roger/Brian/Freddie wspominali o tym, kiedy byłeś w zespole?

DB: Nie, to dla mnie nowość. Nie wyobrażam sobie tego… Genesis było tak poważnym zespołem – Roger był gwiazdą pop/rocka czekającą, aby wystrzelić… 

Ulotka promująca koncert Genesis i Queen w Ewell Technical College 9.01.1971 r.; fot.: queenconcerts.com
Ulotka promująca koncert Genesis i Queen w Ewell Technical College 9.01.1971 r.; fot.: queenconcerts.com

BM: Pamiętasz czy jacyś fani lubili Cię właśnie jako członka Queen? Czy ktoś wspominał, że to szkoda, iż nie kontynuowałeś jako członek Queen?

DB: Obawiam się, że tak niewielu mnie widziało, a miało to miejsce dwa lata przed tym zanim zaczęli mieć jakiekolwiek znaczenie… więc niestety nie…

BM: Co zatem porabiałeś po odejściu z zespołu? Próbowałeś załapać się do innych grup?

DB: Założyłem własny lokalny zespół „Wigan” – z ludźmy w wieku zbliżonym do mojego. Zagraliśmy trochę lokalnych koncertów, graliśmy blues rocka, świetna zabawa! Zatem jeśli o mnie chodzi, to z jednego zespołu szedłe prosto do następnego… 

Poza tym dostałem pracę w De Lane Lea w Wembley – dali mi robotę po wielu listach i telefonach – chyba tylko po to, żebym wreszcie się zamknął!

BM: Zabawne! W istocie, na Twoim Facebooku przeczytała, że pracowałeś w De Lane Lea Studios od 1971 do 1973 r. jako „zaparzacz herbaty”. Co?? Serio?

DB: Tradycyjnie – kiedy zaczynasz pracę w studiu (muzycznym/filmowym) zaczynasz jako chłopiec na posyłki: idź po to… idź po tamto… Obejmowało to także zapewnianie wszystkim w kontrolce wszelkich przekąsek. Zatem zaparzacz herbaty/operator taśmy było codziennością dla Bardzo Młodszego Inżyniera. 

BM: Czy podczas swojej pracy w De Lane Lea widziałeś jak Queen nagrywał?

DB: Nie, to było rok wcześniej – kiedy studio było budowane/wykańczane. Nie miałem pojęcia, że tam byli, dopóki nie znalazłem taśm w archiwum. 

BM: Co sądzisz o tych demach?

DB: Cóż – to były dema… ale był w nich zalążek tego czegoś. I dla tych, któryz rozumieją, dobra piosenka zawsze się wybijała. Miały w sobie to nowe uczucie, podekscytowanie nimi.

BM: Czy pamiętasz jakie to były utwory?

DB: Hmmmm, Son and Daughter, chyba Liar… zapewne krążą po Internecie… jednakże ich nie wyszukiwałem.

BM: Twoim pierwszym zleceniem w De Lane Lea było On the Third Day ELO. Jak pamiętasz to doświadczenie?

DB: Cholernie cudowne! Po raz pierwszy moje nazwisko pojawiło się na albumie! 

BM: To świetnie! Za co odpowiadałeś na etapie produkcyjnym?

DB: Byłem zaledwie młodszy inżynier/chłopiec od herbaty. 

BM: W porządku.

DB: Jest tam utwór Ma Ma Belle, to moja gitara, którą Jeff Lynne pożyczył do zagrania intra – żałuję, że nie pozwolił mi zagrać! 

Perkusista Bev Bevan był takim świetnym, miłym i cichym kolesiem!! Ich managerami byli Don Arden z synem – złote medaliki i oldschoolowy gangsterski styl, ale zespół był fantastyczny!

On the Third Day, ELO - 1973 r.; fot.: wikipedia
On the Third Day, ELO – 1973 r.; fot.: wikipedia

BM: Kilka dni temu powiedziałeś mi, że Twoje życie, poza Queen, było bogate w rozmaite doświadczenia. Porozmawiajmy o tym, z czego obecnie się utrzymujesz?

DB: Cóż, kiedy mojemu zespołowi RAF nie udało się z drugim albumem dla A&M (roztropnie nie poprosili nas o trzeci) wróciłem do nagrywania dźwięku i produkcji mediów, ostatecznie koncentrując się na obrazie. Do tej pory nagrywam i edytuję różnego rodzaju projekty dla producentów drinków i dużych przedsiębiorstw finansowych, ale przez ostatnie kilka lat pracuję w świecie zdrowia i edukacji.

Dobrze, żeby ludzie wiedzieli, że istnieje życie nawet po czymś, co wydaje się szansą jedną na milion…

Przyszłość zależy wyłącznie od osobowości. Wielu ludzi mogłoby mi zazdrościć mojego życia, jestem tego pewien.

Bardzo łatwo jest się załamać tym, jak traktuje cię życie… zatem wszyscy musimy próbować być świadomymi tego ile w sobie mamy. Pewnie – czasem jestem przybity tym, jak potoczyły się sprawy… ale w wielu aspektach moje życie było wspaniałe.

BM: Wierzę Ci.

DB: A kto wie, co mogło się wydarzyć… Być może zrujnowałbym szanse Queen. Mogłem zacząć ćpać, czego nigdy nie robiłem, może by mnie już tu nie było! Młodego człowieka łatwo może ponieść. I choć w świecie „fanów Queen” nie można powiedzieć niczego negatywnego… faktem jest, że przez lata działo się trochę złych rzeczy… Jednakże… wszystko jakoś w końcu się układa.

BM: Absolutnie się z Tobą zgadzam.

Słuchaj… Wiem, że jesteś zaangażowany w coś wyjątkowego dla rodziców, którzy stracili swoje dzieci. W istocie przeprowadziłeś spotkanie 1 września. Jak ono wyglądało?

DB: Tworzę muzkę ambientową i wideoklipy, które mają pomóc rodzicom, którzy stracili dzieci – wykorzystując w muzyce bicie serca ich dzieci. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale gdy przetestowaliśmy pomysł, to został on doceniony przez rodziców i pokochany jako coś pomagającego zachować wspomnienie.

Oh, dałem też mojej koleżance z National Healt Service przypinkę „Common Decency” (pl. „Zwyczajna Przyzwoitość”), którą teraz dumnie nosi po urzędowych biurach!

BM: Oh, Common Decency! Czy popierasz Briana Maya na jego politycznej ścieżce?

DB: TAK dla zwyczajnej przyzwoitości, ALE każdy ma inny pogląd na to, czym ona właściwie jest! Także nie jestem wegeterianinem, nie sądzę, że powinniśmy krzywdzić zwierzęta ponad sytuacje, kiedy jest to absolutnie niezbędne i myślę, że polityka powinna dotyczyć obywateli, a nie przywódców wielkich partii. Niemniej jednak – mówienie o religii i polityce jest świetnym sposobem na to, by przynajmniej połowa osób przestała cię lubić…

Wiesz, miałem to szczęście, by pracować z Richardem Dawkinsem (znany naukowiec i ateista), ktory ma wielkie pojęcie o tym jak wspaniały jest wszechświat – nie potrzebuję wyimaginowanego przyjaciela, by sobie poradzić.

Więc lepiej zostańmy przy muzyce…

BM: Masz rację, to dość gorące tematy…

Chciałam Cię zapytać o Twoje doświadczenie z zespołem RAF. Kim byli pozostali członkowie?

DB: W porządku, cóż… zaczęło się od tego, że poznałem gościa nazwiskiem David Valentine –  w edynburskim studiu, gdzie pracowałem. W ciągu dnia pracowaliśmy nad radiowymi jinglami i tego typu projektami, wieczorem przygotowywaliśmy demo albumu. Pozostałymi członkami byli goście, których znaliśmy w tamtym rejonie. Przez rok pracowaliśmy nad demami, a potem poleciałem do Los Angeles, gdzie dołączył do mnie David… Wynajęliśmy na dwa tygodnie pokój w Santa Monica Motel i chodziliśmy od drzwi do drzwi. Udało mi się umówić wcześniej kilka spotkań – powiedziałem „Przyjeżdżam do LA. 6.000 mil – Mam pięciominutową składanką prezentującą nasz album… Co Ty na to?” I zadziałało. A&M spodobało się brzmienie, mieli biuro w Londynie… Nigdy nie wspomniałem o Queen – nie wydawało się to istotne. Może powinienem jednak wspomnieć!

Co ciekawe – drugi album – chciałem bardziej artystycznej okładki – Rozmawiałem z dyrektorem artystycznym A&M w LA i opisałem obraz Magritte’a, który przypadł mi do gustu, zatytułowany „The Pleasure Principle”. Powiedział – nie ma sprawy! Herb Alpert (amerykański trębacz – przyp. mike) był w posiadaniu oryginału – wisiał w jego domu! Więc na okładce dostałem oryginalnego Magritte’a!

Drugi album R.A.F. - The Heat's On, wykorzystujący na okładce obraz René Magritte'a
Drugi album R.A.F. – The Heat’s On, wykorzystujący na okładce obraz René Magritte’a „The Pleasure Principle (Portrait of Edward James)” z 1937 r.; fot.: discogs.com

BM: To naprawdę świetne! Pamiętasz ile koncertów zagraliście? I co się stało z zespołem? Dlaczego się rozpadliście?

DB: OK… Cóż, zaprzyjaźniliśmy się z managementem Supertramp – który także zajmował się Chrisem De Burghem, dali nam otworzyć kilka koncertów Chrisa – były świetne, w Irlandii był supergwiazdą. Poza tym – zwykle małe puby/kluby. 

Ściągnęliśmy drugiego gitarzystę, żebym mógł skupić się na technicznej stronie, a także świetnego klawiszowca Petera Johna Vittese. Odkrył go Ian Anderson, gdy grał w Marquee w Londynie, potem przez chwilę grał w Jethro Tull. Tak czy inaczej – drugi album nie był komercyjnym sukcesem i musieliśmy rozwiązać nasz koncertowy zespół.

Zbudowałem małe studio nagraniowe w stodole na farmie przyjaciela i przez rok tworzyliśmy kolejne dema.

Ale… jak to często bywa, rozpadliśmy się w wyniku dość poważnych nieporozumień. Zająłem się ponownie produkcją mediów i inżynierią dźwięku. Zaoferowano mi pracę w rozwijającej się firmie w Edynburgu – przejąłem  pakiet wideo, szło dobrze, więc otworzyłem własną firmę. Pomyślałem, ze przetrwa może z pięć lat… a było to w 1982 r.! Miałem całkiem pracowite życie!

Zwiedziłem świat, poznałem mnóstwo dobrych przyjaciół i zarobiłem na przyzwoite życie. I prawdę mówiąc grałem jedynie w domu dla przyjemności. Można więc powiedzieć, że zmarnowałem przez lata mnóstwo gitarowego czasu… ale kto wie.

BM: Absolutnie nie! Jak sam powiedziałeś, Twoje życie było PEŁNE różnych rzeczy!

DB: Kręcenie filmów zaprowadziło mnie do Korei Południowej, Hong Kongu, Chile, Stanów, większej części Europy… A także na Bahamy, do Puerto Rico i Włoch!

Jestem żonaty od 1976 r. z piękną i cudowną dziewczyną. Mamy dwoje świetnych dzieci, obecnie już dorosłych i podążających przez świat własnymi drogami.

BM: Wspomniałeś Bahamy… co z Seanem Connery? Wiem, że przeprowadziłeś z nim wywiad na Bahamach. Z jakiej okazji?

DB: Oh, jest taki turniej golfowy – Ryder Cup… Europa vs USA, a do rządu należy jego zorganizowanie. Pewnej środy zadzwonili do mnie ze szkockiego rządu z pytaniem, czy mógłbym w sobotę polecieć na Bahamy i nagrać wywiad z Seanem Connerym, na temat istotnej roli Szkocji w historii golfa… Sport został wymyślony w Szkocji, a on jest fanatykiem! Zgodziłem się, wrzuciłem kamerę do plecaka… Podzwoniłem, znalazłem firmę w Nassau, która była w stanie mi pomóc i wyruszyliśmy w drogę. To był przedziwny weekend!

Nigdy nie przypuszczałem, że będę siedział w domu Jamesa Bonda i rozmawiał z nim przy chłodnym piwie.

BM: Wiem też, że pracując w CBS stworzyłeś singiel Away in a manager/Reggae Hokey Cokey.

DB: Tak! Udało mi się podpisać jednorazową umowę z należącym do Ringo Starra „Ring’o Records”. Miałem stworzyć demo do koncepcyjnego albumu sci-fi House Up in the Stars, który koniec końców nigdy się nie ukazał. Ale miałem też ten nowy utwór, który zaaranżowałem i nagrałem w CBS. Ringo był na tyle uprzejmy, że przesłuchał to wszystko, ale myślę, że wziął go tylko dlatego, że był wtedy z Harrym Nilsonem, któremu się to spodobało. Nie mogłem uwierzyć w swoją dobrą passę – dodatkowe 400 funtów – kupiłem używany kolorowy telewizor dla siebie i mojej mamy – w tamtych czasach dzieliliśmy mieszkanie.

Singiel Away In A Manger/Cokey Cokey z 1975 r. (jako Colonel Doug Bogie); fot.: discogs.com
Singiel Away In A Manger/Cokey Cokey z 1975 r. (jako Colonel Doug Bogie); fot.: discogs.com

BM: Nadszedł czas na pytanie, które MUSZĘ Ci zadać: czy byłeś kiedyś we Włoszech, Doug? Podoba Ci się nasz kraj?

DB: KOCHAM WŁOCHY!

BM: TAAAK!

DB: Miałem przyjemność realizować w Wenecji film dla międzynarodowej konferencji chirurgów, Włochy są liderem jeśli chodzi o chirurgię. Cóż za wyjątkowa podróż i zorganizowano nam wycieczkę po Bazylice św. Marka z prywatnym recitalem na organach i pokazem świetlnym! Zabrano nas też do kasyna – gdzie zorganizowano nam mały bal maskowy… Musiałem uważać co filmuję, bo było tam kilku gangsterów! To było cudowne doświadczenie! W przyszłym roku przyjechaliśmy z żoną jako turyści, to też było fantastyczne.

Byłem też dwa razy w Rzymie – uwielbiałem po prostu włóczyć się bez celu, tyle wspaniałych rzeczy. Była też wycieczka dla miłośników sztuki do Florencji – co tu dużo mówić, tyle piękna. Spędziliśmy spokojny tydzień koło Sorrento, wybraliśmy się też na wycieczkę samochodową przez wiele północnych miast i wspaniałych górskich dróg – moja żona Wendy kocha góry, a Dolomity są oszałamiające.

Wreszcie, na kilka lat przed śmiercią mojej mamy, zabrałem ją nad jezioro Como – była tam tuż po wojnie, jako młoda kobieta… Było tam niewyobrażalnie pięknie – Bellagio, WOW.

Zatem tak, naprawdę lubię Włochy!

BM: Bardzo się cieszę! Cieszę się, że spędziłeś przyjemnie swój pobyt. Czy jest jakieś włoskie danie, które lubisz najbardziej?

DB: Jesteśmy fanami lasagne, ogółem włoskiej kuchni. Kiedy pracowałem w CBS London Studios po drugiej stronie ulicy znajdowała się czteropiętrowa restauracja o nazwie Italian Spaghetti House… Ze względu na długie godziny pracy chadzałem tam na obiad 3-4 razy w tygodniu… ale najlepsze włoskie jedzenie zjesz we Włoszech!

BM: Ostatnie pytanie, Doug. Na szczęście zaraz kończymy! Masz jakąś zabawną historię, która wydarzyła się podczas prób przed koncertami, które zagrałeś z Queen?

DB: Bardzo chciałbym mieć… ale to było tak dawno temu… a ja uczyłem się całego setu w raptem sześć tygodni… Przykro mi!

BM: W porządku, nie przejmuj się!

W utworze Rogera Taylora Sheer Heart Attack z albumu News of the World, Freddie śpiewał: „Cóż, masz zaledwie 17 lat – wszystko czego chcesz to zniknąć”. Co oczywiste, nie dotyczy to Douga Bogie, który miał raptem 17 lat, gdy miał szczęście i przyjemność dołączenia do jednej z najsławniejszych rockowych kapeli na świecie, Queen. Nawet jeśli tylko na kilka tygodni, stał się częścią historii.

Dziękuję BARDZO Doug za Twoją życzliwość i zaangażowanie w odpowiadanie na te pytania. To była przyjemność, która utwierdziła mnie w tym, jak fantastycznym człowiekiem jesteś! Dzięki, dzięki po stokroć! Jesteś moim nowym bohaterem!

Rozmawiała: Barbara Mucci
Źródło: Comunità♔Queeniana Italiana
Tłumaczenie: mike

ornament