Kilka dni temu, na portalu teamrock.com pojawił się wywiad Paula Elliota z Peterem „Rattym” Hincem – technicznym Freddiego i Johna w latach 1975-86 – w związku z reedycją jego książki „Queen. Nieznana Historia”, która na polskim rynku ukazała się w 2012 r. Rozmowa ta niespecjalnie przypadła do gustu Brianowi, który tak oto odniósł się do poruszanych przez Hince’a kwestii:

12249654_10153765943309294_5142767569318164832_n

Oh nie ! Raczej wypaczony obraz niezadowolonego ex-roadiego ! Jestem rozczarowany tym, że Team Rock promuje coś takiego. Bri

Cóż tak rozczarowało Maya? Oceńcie sami, poniżej tłumaczenie wywiadu Hince’a dla Team Rock.

Peter Hince pracował dla Queen przez 12 lat jako roadie dla wokalisty Freddiego Mercury’ego i basisty Johna Deacona. Kiedy Hince zaczynał współpracę z zespołem w 1975 r., Queen nagrywał klasyczny album A Night at the Opera. Wycofał się po ich wielkim koncercie w Knebworth, który miał miejsce 9 sierpnia 1986 r. – jak się okazało był to ostatni występ Queen z Mercurym.

Hince opowiada TeamRock o Mercurym: człowieku owianym legendą. Zdradza również szczegóły dotyczące pozostałych członków Queen – Deacona, gitarzysty Briana Maya i perkusisty Rogera Taylora. Wyjawia też prawdę na temat tego legendarnego przyjęcia Queen…

Znałeś dobrze Freddiego Mercury’ego. Jakim naprawdę był człowiekiem?

Ludzie rozmawiają o Freddiem i jego ego, ale nie było ono tak wielkie, jak ludzie sądzą. To była jego persona. Potrafił się z siebie śmiać w sposób, w jaki nie potrafili tego czynić niektórzy z pozostałych członków zespołu. Mogłeś pożartować z Freddiem, ale wiedziałeś, gdzie znajdowała się granica. Niekoniecznie był taką prima donną, za jaką wszyscy go brali.

Czy Freddie był największą gwiazdą rocka swojej generacji?

Jako frontman był nie do pobicia. Nie chodziło tylko o jego głos, ale o sposób w jaki władał sceną. Kochałem Zeppelinów i The Who – Plant i Daltrey byli świetnymi frontmanami – ale myślę, że Freddie miał w sobie więcej showmaństwa i prezencji. Dla niego interakcja z publicznością była wszystkim, wiedza jak z nią postępować i mieć po swojej stronie. I na każdym koncercie dawał z siebie wszystko.

Czy poza sceną również posiadał określoną prezencję?

Oh, tak. Fred był wyjątkowy. Pracowałem z Bowiem, ale nikt nie miał takiej aury, jak posiadał Freddie. Może do pewnego stopnia Mick Jagger. Jednak w Fredzie, od najwcześniejszych dni, było to coś. Miał tę swoistą aurę. Nie dystans. Ale czułeś, że był kimś wyjątkowym.

Czy pomimo całej charyzmy Freddiego, czułeś, że w głębi duszy był niepewny siebie?

Absolutnie. Zawsze. Miał w sobie wiele niepewności – nie zawodowo, osobiście.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś Freddiego i pozostałych członków Queen?

1973 r. Pracowałem dla Mott The Hoople, a Queen supportowali ich na brytyjskiej trasie. Właśnie ukazał się pierwszy album Queen.

A wcześniej pracowałeś dla Bowiego?

Tak. Byłem roadiem Micka Ronsona na trasie Ziggy Stardust. Po koncercie w Hammersmith i „przejściu na emeryturę” przez Davida, zacząłem pracę dla Mott. A kiedy Mott rozwiązali się w 1975 r., pilnie potrzebowałem pracy i szczęśliwie dostałem wakat w Queen.

I miałeś okazję na własne oczy zobaczyć ich przemianę w supergwiazdy…

Queen chcieli być największym zespołem na świecie. Nie kryli się z tym. I tak, widziałem jak to wszystko następowało. W latach ’70. byli fantastycznym zespołem rockowym, a w ’80. zostali fantastycznym zespołem pop.

Doświadczyłeś też nagrywania wielu klasycznych albumów Queen.

Byłem tam, gdy nagrywano Bohemian Rhapsody. Pamiętam tylko, że nie miałem bladego pojęcia o co w tym wszystkim chodziło! Byłem też z Freddiem, gdy napisał Crazy Little Thing Called Love. To była naprawdę wyjątkowa chwila.

W Twojej książce pojawia się jedno wielkie rozczarowanie. Odwołujesz się do okrytego złą sławą przyjęcia urządzonego w Nowym Orleanie w 1978 r. z okazji wydania albumu Jazz – na którym podobno gościom serwowano kokainę w misach noszonych na głowach przez karły. Mówisz, że ta historia to „kompletne bzdury”…

Tak jest – to kompletny nonsens. Były tam karły, ale ukryte pod talerzami z podrobami i innym mięsem serwowanym na zimno.

John Deacon był zawsze tym cichym w Queen. W tym znaczeniu, że jest wielką enigmą zespołu…

Obecnie John jest praktycznie odludkiem. Chce żyć jako osoba prywatna i myślę, że ludzie powinni to uszanować. John zawsze twardo stąpał po ziemi, był zwyczajnym gościem. Miał sześcioro dzieci i był bardzo zaangażowany w życie rodzinne, ale tak się jakoś złożyło, że był także w jednej z największych kapel na świecie.

Jak opisałbyś Briana Maya?

Brian to jedna z najbardziej złożonych osób, na jakie można się natknąć. Ma wielkie serce i chce być miły i uczynny dla wszystkich. Był w pewien sposób najbardziej wrażliwym członkiem zespołu. Ale, podobnie jak większość ludzi, ma też drugą stronę. Potrafi być bezwzględny.

A Roger Taylor?

Roger kochał styl życia gwiazdy rocka – te wszystkie samochody i wiejskie posiadłości. Niewątpliwie korzystał ze swoich pieniędzy, podobnie jak Fred, podczas gdy Brian i John, będący bardziej tradycyjnymi głowami rodzin, powstrzymywali się nieco. Ale Rog kochał to. Czasami bywał nieco gwiazdorski, ale wydaje mi się, że w ostatnich latach złagodniał. Jest bardziej refleksyjny.

Zawsze było dość oczywiste, że Freddie jest homoseksualistą, choć nigdy o tym otwarcie nie mówił. Czy było mu trudno w mniej światłych czasach lat ’70. i ’80.?

Bardzo trudno. Oczywiście w 1980 r. po The Game, kiedy zaczął być gejem w bardziej otwarty sposób, z wąsem, myślę, że wtedy rzeczy stały się dla niego nieco bardziej trudne.

Live Aid w 1985 r. został określony jako najważniejszy moment w karierze Queen. Co pamiętasz najbardziej z tego dnia?

Cóż, na początku nie chcieli brać w tym udziału. Zespół przechodził w tamtym czasie trudne chwile. Myślę, że dość prawdopodobnym było, że się wtedy rozpadną, jako że album The Works nic nie zdziałał w Ameryce, nie grali tam nawet trasy koncertowej. A Fred zajął się swoimi solowymi rzeczami. Zatem Live Aid ich scalił. To był dla nich kubeł zimnej wody. Zdobyli publiczność w odpowiednim momencie i z odpowiednimi piosenkami. Może czuli, że muszą coś udowodnić. Kiedy skończyli, naprawdę czułeś – i oni też czuli – że ukradli ten show. Zaraz po wszystkim Elton powiedział im: „Wy kutasiarze!”.

Przez te wszystkie lata, gdy pracowałeś dla Queen, jaka była najlepsza i najgorsza część tej pracy?

Najlepsze było podróżowanie, doświadczenia i ten rodzaj odbitej chwały z racji pracy dla wielkiego zespołu. Najgorsze chwile to, gdy nie jesteś doceniany, czujesz się wykorzystywany, gdy cierpisz tę straszną, brudną, paskudną dolę – załadowując ciężarówki, nie śpiąc przez dwa dni. Ale to była część tej pracy. No i co najważniejsze – to była praca.

Kiedy odszedłeś w 1986 r., czy miałeś bezsenne noce rozmyślając nad tą decyzją?

Niespecjalnie. Pewnego dnia wszystko po prostu się spina. Nastąpił ten moment, gdy wyciskałem z siebie siódme poty, nie czułem, że jestem doceniany i nie widziałem dla siebie dalszej przyszłości w tej organizacji. Nie chciałem pracować dla innego zespołu. Pomyślałem, że odejdę będąc na szczycie. Czułem też, że nie wytrzymam wiele dłużej. Takie rzeczy do ciebie docierają. Nie żałuję tej decyzji.

Roger twierdzi, że podoba mu się Twoja książka. Zaskoczyło Cię to?

Tak. Roger nigdy nie należał do najbardziej wylewnych ludzi, jeśli chodzi o komplementy. Potrafił trzymać dystans. Więc to było całkiem miłe. Wydaje mi się, że obecnie jest bardziej wyluzowany jeśli chodzi o różne rzeczy.

Co sądzisz o tym, że Roger i Brian kontynuują jako Queen bez Freddiego i Johna?

Cóż, kiedy Freddie zmarł, John stwierdził: „To koniec, nie ma już Queen.”. Brian i Roger chcieli kontynuować w różnych wcieleniach Queen i rozumiem dlaczego chcą to robić. Nie jestem przekonany czy jest to właściwe. Nadal mogą być muzykami bez używania nazwy Queen. Ale stawką jest sława – ludzie lubią utrzymywać ją przy życiu tak długo, jak tylko mogą.

Wielu fanów Queen podziela Twój pogląd: nie ma Freddiego – nie ma Queen.

To najbardziej gorzki element. Po śmierci Freda, nie da się tego odtworzyć, nieważne jakie wcielenie to przyjmie. Widziałem Queen + Paul Rodgers, Paul jest jednym z moich ulubionych wokalistów, ale to zupełnie nie pasowało. Co do Adama Lamberta, to jestem przekonany, że potrafi śpiewać, ale to trochę jak kabaret w stylu Las Vegas. Wiesz, jeśli nigdy nie widziałeś zespołu, to cóż, oto pół zespołu. Ale to nie dla mnie.

Rozmawiał: Paul Elliot
Źródło: teamrock.com
Tłumaczenie: mike

ornament