Ostatnio wszędzie natrafiam na informacje, że 70 lat temu urodził się Freddie Mercury. Z tego powodu postanowiłam cały dzień słuchać Queen oraz solowego dorobku wokalisty. Wstyd się przyznać, ale pomimo tego, że jestem zdeklarowaną fanką Królowej, to nie słucham jej już tak często „zdradzając” ją z innymi muzykami. Czasami żartuję, że mój związek z Queen jest jak małżeństwo – są ciche dni, ale zawsze wracam do muzyki brytyjskiej kapeli.

Sięgnęłam zatem po najnowszą kompilację składającą się z solowych singli Freddiego Mercury’ego – „Messenger Of The Gods The Singles”. Zawsze ilekroć natrafiam na tego typu wydawnictwa zastanawiam się czy warto słuchać tej płyty, bo z tyłu głowy cały czas mam myśli, że ktoś chce zarobić na nieboszczyku. W końcu i tak album ląduje na mojej półce z płytami, bo przecież jako fanka wstyd mieć niepełną kolekcję krążków mojego idola. Co zaś się tyczy nowej kompilacji są to 2 płyty, których zawartość nie zachwyci oddanego fana, ale i tak cieszy ucho ze względu na różnorodność muzycznych obliczy Freddiego. Jak wiadomo Mercury miał sporo inspiracji i nie lubił stać w miejscu – to wszystko słychać w jego twórczości, szczególnie solowej, gdzie nie bał się zbaczać z wcześniej obranej „muzycznej” ścieżki, poeksperymentować i spełnić swoje muzyczne marzenia.

0Zwykły śmiertelnik, gdy pomyśli o Freddiem przed oczami ma wąsatego maczo dumnie kroczącego po scenie wraz z muzykami Queen. Zbiór jego solowych singli pokazuje nam nieco innego Mercury’ego – wydał on utwory w stylistyce glam rockowej, w latach 80. zakochał się w klubowych brzmieniach, by następnie zgolić wąsy, założyć elegancki garnitur i zaśpiewać wraz ze swoją diwą – Montserrat Caballé. Jeden człowiek i jego wiele wcieleń.

Oczywiście kompilacja zaczyna się od singla, który odniósł największy komercyjny sukces – „Living On My Own” i na najnowszej płycie mamy kilka wersji tego numeru. Ten kawałek pojawił się na solowym krążku zatytułowanym „Mr. Bad Guy”, z którego pochodzą również single „Let’s Turn It On”, „Love Me Like There’s No Tomorrow” czy „I Was Born to Love You” i „Made In Heaven”, które Queen postanowił przerobić i umieścić na swojej płycie z 1995 roku.

Mamy tutaj również „I Can Hear Music” czy „Goin’ Back” wydanego przez wokalistę pod pseudonimem Larry Lurex, gdy świat jeszcze nie wiedział, że istnieje taki Freddie i całkiem nieźle śpiewa. Te nagrania mocno kontrastują z dyskotekową piosenką „Love Kills”, którą Freddie nagrał we współpracy z królem disco – Giorgio Moroderem.Mr. Bad Guy

Osobiście jestem wielką fanką płyty „Barcelona”, bo uważam, że duet Mercury’ego i śpiewaczki operowej Caballé brzmi po prostu bosko, zatem single z tego albumu, jak chociażby musicalowy „How Can I Go On” czy „The Fallen Priest” ucieszyły moje ucho. Uważam, że w „Exercises In Free Love” Freddie pokazał szczyt swoich wokalnych możliwości i na składance mamy dwa nagrania, w których oddzielnie śpiewają Mercury i Caballé, a nie jak w wersji umieszczonej na albumie w duecie.

Ta kompilacja to wielobarwny kolaż składający się z utworów, które łączy jedna cecha – wokal Freddiego. Aranżacyjnie oraz gatunkowo są to utwory z różnych muzycznych światów. Zawsze podkreślam, że lubię Queen za różnorodność, a „Messenger Of The Gods” uświadomił mi, że sam Freddie miotał się pomiędzy glam rockiem, pop, disco, a muzyką klasyczną. W zasadzie to jest największy plus tej składanki, bo można przekonać się na własne uszy jak bardzo kreatywnym twórcą był Freddie. Kompilacja na pewno przypadnie do gustu osobom, które co nieco wiedzą na temat Mercury’ego, ale chciałby dowiedzieć się więcej. Oddani fani jeżeli kupią tę płytę, to tylko z tego powodu, o którym napisałam wcześniej. Oczywiście ci, którzy mają nadmiar gotówki mogą sięgnąć po wydanie deluxe, wtedy na pewno satysfakcja z zakupu będzie większa.

Najzabawniejsze jest to, że choć już zna się praktycznie wszystko nadal w momencie, gdy pojawia się nowa płyta człowiek ma złudne nadzieje, że będzie to „Made In Heaven II” i tak jak przy „Made In Heaven” opadnie ci szczęka. Tak jednak nie jest, wyciągam zatem swoje ulubione płyty Queen i głośno wzdycham, bo urodziłam się kilka miesięcy przed śmiercią Freddiego i niestety pozostają mi tylko nagrania z koncertów, podczas których Mercury dumnie niczym paw chodził po scenie i wygłupiał się na całego. Utwierdzam się w przekonaniu, że Królowej rzeczywiście nikt nie przebije.

Aleksandra Degórska
(All You Need Is Music)

ornament