Dokładnie 41 lat temu Queen wydał swój 4. krążek. To jedna z najlepszych płyt kapeli – wiele się na niej dzieje, bowiem mamy zarówno rockowe kompozycje, piosenki-żarty w stylu wodewilu, liryczne perełki oraz wybitną kompozycję „Bohemian Rhapsody”, która wyniosła zespół na sam szczyt. Queen w połowie lat ’70. był głodny ogromnego sukcesu, miał głowę pełną pomysłów i był poirytowany tym, że menedżer Norman Sheffield wzbogaca się ich kosztem. Głodny artysta to płodnych artysta – w tym przypadku to powiedzonko się potwierdziło.

Freddie w Ridge Farm, 1975; fot.: Watal Asanuma
Freddie w Ridge Farm, 1975; fot.: Watal Asanuma

Frustracje zespołu Freddie postanowił wyrazić w kawałku otwierającym płytę – „Death On Two Legs (Dedicated to…)”. Już sama nazwa wskazuje ile złości miał w sobie Mercury, który uważał tę właśnie kompozycję za swoją najmocniejszą. Piosenka jest agresywnym rockowym kawałkiem, który idealnie nadaje się na numer otwierający całą płytę. Włączając ten krążek w swoim odtwarzaczu słuchacz od razu jest wbity w fotel, bo takie agresywne numery nie zdarzały się aż tak często w dyskografii kapeli.

Jakie zatem musi być zdziwienie, gdy po tym kawałku mamy pogodną kompozycję o leniwym niedzielnym popołudniu. Ciemne chmury, które pojawiły się podczas pierwszej piosenki nagle znikają i już w drugiej kompozycji „Lazy On The Sunday Afternoon” wychodzi słońce. Queen był mistrzem mieszania nastrojów na płycie i jak zwykle ten zabieg świetnie się sprawdził, również na tym krążku.

Następnie w świetle reflektorów pojawia się charyzmatyczny perkusista, którego wielu uwielbia słuchać tumblr_mqjsrtczwd1rkj9c8o4_1280zarówno, gdy wali w bębny, jak również kiedy robi użytek ze swojej chrypy. Roger Taylor to fan samochodów, który lubi jazdę bez trzymanki i właśnie taką kompozycję stworzył na ten album. „I’m In Love With My Car” to rockowa opowieść o miłości do maszyny i adrenaliny. Numer jest nieodłącznym elementem koncertowych setlist i jest zdecydowanym faworytem podczas występów Queen. Taylor cały czas grając na perkusji dosłownie wypluwa słowa utworu, jest to jednocześnie agresywne, ale nie pozbawione pewnego wyrafinowania.

Z kolei „You’re My Best Friend” to urocza ballada Johna, napisana z myślą o niedawno poślubionej miłości jego życia. Choć kompozycja jest słodka, to chyba każda kobieta chciałaby otrzymać taki prezent od swojej drugiej połówki.

John Deacon w 1975 r.
John Deacon w 1975 r.

Ciekawą kompozycją jest numer „’39″ kosmiczna opowieść, którą stworzył – oczywiście – Brian May, w końcu jako naukowiec zajmujący się astronomią ma bzika na tym punkcie. „’39″ to lżejsza kompozycja, która świetnie kontrastuje z kolejną piosenką Maya – „Sweet Lady” – zadziorną, rockową rozmową skłóconych kochanków. Kłótnię dopiero uspokaja Freddie swoim wodewilowym żartem w postaci „Seaside Rendezvous”. Kolejno mamy ogromną zmianę nastroju za sprawą patetycznego „The Prophet’s Song”.  Ta błyskotliwa kompozycja zwiastuje jak bardzo ambitne plany ma Queen i że niebawem się one zmaterializują w kompozycji „Bohemian Rhapsody”.

Freddie i Brian w 1975 r.
Freddie i Brian w 1975 r.

Nim jednak to się stanie po drodze mamy uroczą balladę „Love Of My Life”, która dotyczy miłości Freddiego – Mary Austin. W tym numerze akompaniament jest minimalny. Ważniejszy jest głos Freddiego poruszający do głębi każdego, nawet te osoby, których serca już dawno zamarzły i zapomniały co oznacza kochać i jaki żar z tym się wiąże. Numer tak przypadł do gustu fanom, że chyba nie ma żadnego sympatyka grupy, który nie znałby tekstu tej kompozycji. Na każdym koncercie Freddie przy akompaniamencie samej gitary pozwalał fanom zdzierać gardła śpiewając właśnie ten utwór (podobnie zresztą czynił Brian na swoich solowych koncertach, jak i w ramach kolaboracji z Paulem Rodgersem czy Adamem Lambertem).

Jednak ten romantyczny nastrój trwa tylko ponad trzy minuty, wracamy na Ziemię za sprawą „Good Company”, w której wokalnie udziela się May. Choć nie ma on wyjątkowego głosu, to miło się słucha jego delikatnego wokalu. „Good Company” to skoczna i intymna kompozycja, przy której również chce się popstrykać palcami i delikatnie się uśmiechnąć.

W końcu nadchodzi czas na „Bohemian Rhapsody” – na temat tej piosenki można pisać prace naukowe, ale nie widzę sensu, żeby się rozpisywać o rockowej kompozycji, którą równie dobrze mogłaby zagrać orkiestra. Tak naprawdę każdy fan Queen ma swoją historię związaną z tą piosenką. Jako mały dzieciak przychodziłam do ciotki, brałam płytę gramofonową zawierającą składankę Queen – pierwszą kompilację zespołu i to wydaną w Polsce. Starałam się wycelować igłą w numer „Bohemian Rhapsody”. Następnie czekałam, aż po „operowej” części, gdzie Brian, Freddie i Roger tworzą chór, wybuchnie petarda i wejdzie ostra jak brzytwa gitara Maya. Wtedy pokrętło szło w ruch, a ciotka mi zwracała uwagę, żebym nie robiła za dużo hałasu, bo może to przeszkadzać sąsiadom. Gdy numer się kończył znowu włączałam ten numer i tak już mam po dziś, zawsze wyczekuję tego samego momentu.

Wydano: 21. listopada 1975 r. (UK), 2. grudnia 1975 r. (USA); Zarejestrowano: sierpień – listopad 1975 w Rockfield Studios, Sarm East Studios, Olympic Studios, Scorpio Studios, Lansdowne Studios i Roundhouse Studios; Długość: 42:59; Wytwórnia: EMI Records

Natomiast, gdy sama postanowiłam nauczyć się grać „Bo Rhap” na pianinie otwierając nuty zdałam sobie sprawę, jak bardzo złożoną i skomplikowaną jest ona kompozycją. To nie do wiary, że autorem jest gwiazda rocka, a nie klasycznie wykształcony kompozytor. To tylko potwierdza, jak wielkim artystą był Freddie i jak dobrze muzycy się dobrali skoro potrafili idealnie zaaranżować dosłownie wszystko, włącznie z hymnem Wielkiej Brytanii, który zamyka płytę. Za interpretację odpowiedzialny jest May i odtąd ta właśnie wersja grana jest prawie zawsze pod koniec koncertu Królowej.

W zasadzie podsumowując mogłabym stwierdzić : „Nic dodać, nic ująć”. Tą płytą Queen pokazał, że jest naprawdę dobrym zespołem, który jest pawiem na scenie i kameleonem w studiu. Ilekroć piszę o płytach zespołu zachwycam się tym, że kapela potrafiła tworzyć płyty różnorodne i tak naprawdę to zjawisko zaczęło się nasilać od wydania tej płyty.

Aleksandra Degórska
(All You Need Is Music)

ornament