Queen + Paul Rodgers – Praga 2008 r. – 10 lat później

 Dziś mija 10 lat od koncertu grupy Queen + Paul Rodgers, który odbył się w dniu 31 października 2008 r. w praskiej O2 Arenie. Dla większości z Was jest to pewnie kolejna data w historii koncertowej zespołu, jednak dla mnie był to dzień niezwykły. Był to bowiem nie tylko mój pierwszy poważny i w dodatku zagraniczny koncert, był to także pierwszy raz kiedy widziałem Briana, Rogera i Paula na żywo. W związku z tym okrągłym jubileuszem, chciałem podzielić się z Wami moimi wspomnieniami z tego pięknego dnia.

Obecnie wiemy już o wiele więcej o działalności Queen + Paul Rodgers po wydaniu albumu The Cosmos Rocks, z kolei na pewne zdarzenia patrzymy zupełnie inaczej niż 10 lat temu. Wiemy, iż album praktycznie nie miał żadnej promocji. Wiemy, że to była ostatnia wspólna trasa Briana, Rogera i Paula oraz że w późniejszych latach panowie May i Taylor raczej odcinali się od całego projektu (chociaż ostatnio wypowiedzi znowu złagodniały). Wiemy też, że pomimo większego rozmachu i wydłużenia koncertów względem tych z lat 2005-2006, trasa straciła wiele ze swojej atmosfery, występom ubyło też ogólnej radości z grania, stały się one powtarzalne i nudne, zespół miał nawet wyraźny problem z ustaleniem godnego otwieracza koncertów (w Pradze trafiła się nam beznadziejna, skrócona wersja Hammer to Fall), a starsi panowie trzej zrelaksowali się dopiero pod koniec tournée, w Ameryce Południowej i można jedynie zastanawiać się czy przyczyniła się do tego żywiołowa publiczność, czy raczej świadomość, że wreszcie koniec. Niechaj dowodem na to, że nie było najlepiej pozostaną historie fanów, którzy zachwyceni trasami z 2005 r. i 2006 r., mieli zakupione po kilka biletów na występy w roku 2008 i już po pierwszym gotowi byli odsprzedać pozostałe nabyte wejściówki.

fot.: queenconcerts.com

Wtedy, tuż przed trasą, wszystko było jednak inne. Co w tamtym czasie wiedziałem? Otóż, byłem zachwycony faktem, że Brian i Roger – muzycy mojej ulubionej kapeli na świecie (dziś jest już to bardziej sentyment do zespołu) – znowu wyruszyli w trasę oraz iż grają koncerty z prawdziwego zdarzenia, a nie jakieś nędzne darmowe spędy w Holandii czy inne gościnne chałtury podczas kolejnej premiery musicalu We Will Rock You czy występu SAS Band Spike’a Edneya. W 2008 r. zacząłem też już bardziej rozumieć kim jest Paul Rodgers, poznałem jego historię i dyskografię, byłem zachwycony jego głosem (to pozostało do dziś) i kompozycjami, które „przyniósł” na potrzeby The Cosmos Rocks (w sumie jedyny, który się postarał). Jednocześnie bardzo żałowałem, że nie wybrałem się na żaden koncert z trasy Return of the Champions w 2005 r. Oczywistym zatem było, że gdy ogłoszono, iż główną gwiazdą darmowego koncertu „Przestrzeń Wolności” w Stoczni Gdańskiej będzie właśnie Queen + Paul Rodgers, to emocje sięgnęły zenitu i dość szybko zapadło postanowienie – muszę tam być! Planowany na 20 września 2008 r. koncert został jednak (oczywiście) odwołany, a ja już miałem pozostać z kwitkiem i w ogólnej rozpaczy. Niemniej wiadomym przecież było, iż nie tylko ja, ale i spora grupa polskich fanów liczyła na koncert w Gdańsku, więc dość szybko zrodził się pomysł wyprawy do Pragi lub Wiednia. Równie sprawnie pojawiły się oferty przewoźników oferujących dowozy w te właśnie miejsca. Nie było innej rady, po podliczeniu oszczędności i budżetu domowników oraz uwzględniając, że bus miał wyruszać z mojego rodzinnego miasta, musiałem być w Pradze!

Niedługo przed godziną zero (nie pamiętam już czy dzień czy tydzień) okazało się, że bus, który miał mnie dowieść do Briana, Rogera i Paula nie wyruszy jednak niemal spod mojego domu, lecz z oddalonego o dobre 200 km Wrocławia. Naturalnie start pojazdu miał nastąpić o jakiejś 9 rano, a żeby się do niego dostać, musiałem odbyć 4-godzinną podróż pociągiem, więc zapowiadało się bardzo „wesoło”. Na szczęście w opisanej sytuacji nie byłem sam, więc już na etapie nieplanowanego przejazdu pojawiły się życzliwe dusze kojące mój niepokój i umilające czas.

fot.: queenconcerts.com

Tak czy inaczej, jakoś dotarliśmy na miejsce, na dalszy transport również zdążyliśmy, poznaliśmy/spotkaliśmy kolejnych fanów, przy granicy (?) zrównaliśmy się z busem warszawskim, zatem już pod samą O2 Areną zrobiło się całkiem swojsko. Z oczekiwania na wpuszczenie nas do środka pamiętam znaczny ziąb i w związku z tym próbę (udaną) zakupu „czaju” od uroczej starszej pani w jakiejś przyczepie, którą dzisiaj pewnie nazwalibyśmy food (drink?) truckiem oraz masowe wygwizdanie członków czeskiego fanklubu Queen, który został wpuszczony do hali poza kolejnością (pełna klasa z naszej strony). W samej O2 Arenie udało mi się chyba ominąć „straże” przeprowadzające kontrolę osobistą i wręczające opaski – co wnioskuję po fakcie nieotrzymania opaski oraz braku obmacywania – dzięki czemu dotarłem niemal pod same barierki wybiegu (wybór biletu na strefę GA, która kończyła się właśnie przy „catwalku”, podczas gdy GC znajdowało się po obu jego stronach i ciągnęło do właściwej części sceny, okazał się dobry i tańszy, gdyż potem 75% koncertu działo się właściwie na wybiegu). Pośpiech nie był jednak niezbędny, gdyż kilku innych fanów również do mnie bezproblemowo dołączyło.

O ile na zewnątrz polowanie na „czaj” było uzasadnione, o tyle w O2 Arenie panował straszny zaduch. Nie powstrzymało to żywiołowych rozmów i komentowania wszystkiego dookoła, tym bardziej, że stewardzi rozdawali lodowato zimną wodę, ratując umęczony lud przed omdleniami. Przedyskutowawszy wszystko, włącznie z graną setlistą – wszak i 10 lat temu ustalenie repertuaru nie było tak trudnie – i ewentualnymi złudzeniami co do tego, jaką niespodziankę mogą Panowie zagrać, nie pozostało nam nic innego jak odliczać minuty do planowanej godziny rozpoczęcia koncertu.

fot.: queenconcerts.com

W końcu muzyka odtwarzana z głośników ucichła, światła przygasły, a na telebimie zamiast logo zespołu pojawiła się interaktywna wersja asteroid i innych kosmicznych wizualizacji oraz znajome z albumu The Cosmos Rocks intro, które… nie tak znowu płynnie przeszło w pierwsze riffy Hammer to Fall. Wtedy jednak te wszystkie mniejsze lub większe niedociągnięcia nie miały większego znaczenia, to już było spełnianie marzenia o zobaczeniu swoich idoli na żywo, z wlepionymi w nich oczami, rozdziawioną buzią i zachwytem nad znajomymi melodiami. Wszystko mogło zostać wprawdzie zepsute przez ekstatycznego fana stojącego tuż za mną i wykrzykującemu wniebogłosy wszystkie słowa pierwszych piosenek – szczęśliwie dla mnie śpiewał na gardle, a nie na przeponie i na Another One Bites the Dust głos już mu odmówił posłuszeństwa.

Oczywiście, mógłbym opisać po kolei każdy utwór, ale chyba nie miałoby to większego sensu. Dlatego ogólnie wskażę, że pamiętam świetne I Want It All (jak dla mnie highlight tras z Paulem), mistrzowskie I’m in Love with My Car oraz Bad Company i zaskakująco dobrze brzmiące na żywo Surf’s Up… School’s Out (na tamtym etapie trasy już całkowicie rozbudowane). Pamiętam też wielkie emocje i wzruszenie podczas Love of My Life (zawsze robi ogromne wrażenie, ale ten pierwszy raz jest niezapomniany) oraz Bijou i piękną oprawę wizualną przy Last Horizon. Pamiętam  zażenowanie We Believe i Say It’s Not True, które w mojej ocenie należą do największych gniotów na The Cosmos Rocks, a w końcu pamiętam też czeską publiczność przedkładającą spożywanie piwa nad dobrą zabawę – cóż, każdemu według potrzeb ;).

fot.: queenconcerts.com

Ponad dwie godziny upłynęły nad wyraz szybko, a czasu na kontemplację i ociąganie się nie było niestety zbyt wiele, gdyż bus do Polski nie planował czekać wiecznie. Udało się jeszcze odwiedzić sklepik zespołu, gdzie poczyniłem chyba największe zakupy w mym koncertowym życiu, nabywając program (w zasadzie złożony wyłącznie ze zdjęć z koncertów i sesji do The Cosmos Rocks, jednej wzmianki o oficjalnym fanklubie oraz Mercury Phoenix Trust, z listy płac i reklam We Will Rock You oraz Brianowych gitar – ogółem nic ciekawego) oraz koszulkę… z Frankiem, który na obecnej trasie przeżywa swój renesans.

Potem już tylko Wrocław Główny i… czekanie do 6 rano na najbliższy pociąg, bo oczywiście wcześniejszy odjechał na minutę przed dotarciem busa, a następnie powrót do domu w promieniach jesiennego porannego słońca.

Szczęście, spełnienie, wspomnienia na całe życie…

mike

PS: Pierwotnie tekst, w nieco innej wersji, ukazał się na moim blogu. Możecie odnaleźć go TUTAJ.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s