[SPOILERY] Bohemian Rhapsody (2018) – recenzja

fot.: thefourohfive.com

„Opisać Freddiego? W jednym życiu? To niemożliwe!” – odpowiedzieli kiedyś Brian May i Roger Taylor na pytanie dziennikarza lub dziennikarki na potrzeby filmu dokumentalnego o zmarłym frontmanie – „The Untold Story”. Rzeczywiście. Nie da się opisać Freddiego w jednym życiu, a co dopiero w ponad dwie godziny filmu. Jestem fanem… nie, wróć… jestem fanatykiem Queen i niesamowitej charyzmy oraz wokalu Freddiego Mercury’ego od 28 lat. Przeczytałem niejedną biografię, obejrzałem niejeden dokument poświęcony tej legendzie oraz dziesiątki wywiadów z muzykami.  Nie chwaląc się, ale wiedzę o zespole mam niemałą i gdybym nie studiował teologii, ale np. muzykologię, to z pewnością mógłbym napisać  porządną, rzetelną pracę naukową i obronić  ją na najwyższy możliwy stopień ;).

Na film fabularny fani Queen czekali latami. Ja również. Obejrzawszy kilka trailerów byłem nieco sceptycznie nastawiony do całości filmu.  Moje obawy potwierdziły się podczas jego projekcji.  Starałem się wyłapać każdy możliwy szczegół i detal, każdy wątek z historii tej legendy. W filmie pokazane są wątki zarówno prawdziwe, ale dużo więcej jest tych nieprawdziwych. Porządek chronologiczny dość mocno kuleje.  A to, co mnie najbardziej uderzyło, to samo pokazanie sylwetki Freddiego. Owszem, wokalista Queen słynął z ciętych ripost i nie zawsze smacznego humoru. Nie można mu jednak zarzucić braku szacunku wobec najbliższych – rodziny oraz przyjaciół z zespołu. Czar niestety pryska! Na filmie widzimy artystę, który w pewnym momencie zamienia się w totalnego chama, buca i prostaka, który wszystko wie najlepiej, osiągnął wraz zespołem już wszystko i postanawia rzucić zespół na rzecz kariery solowej.

Kolejna rzecz, która mi się totalnie nie spodobała to jego relacja z Jimem Huttonem, który pozostał mu wierny i położenie większego nacisku na Petera Prentera, który (i tu autentyk) zdradził Freddiego. Jest największa miłość jego życia, Mary Austin, ale jej postać jest także bardzo przekoloryzowana. Niejeden fan, nawet początkujący, wie, że relacje jej oraz reszty zespołu wcale takie idealne nie były. A co zatem z Barbarą Valentin? Dlaczego jej brak? Skąd ten pomysł o dwóch solowych płytach, podczas gdy Freddie pracował w tamtym czasie nad jedną i to za ewidentną zgodą i poparciem reszty kolegów z Queen, bez żadnych konfliktów i pokazywania swojej wyższości?

Czy są pozytywy i momenty wzruszenia? Oczywiście, jak najbardziej! Całe Live Aid (no, może nie całe, ale 3/4 koncertu) pokazane jest bardzo realistycznie. Niejeden widz na sali sięgał po chusteczkę higieniczną, by wysmarkać nos i otrzeć łzy ze wzruszenia. Ja również do wyjątków nie należałem. To niewątpliwie jeden z najważniejszych momentów w karierze Królowej, ale szkoda, ze nie powiedziano coś więcej o pierwszej wielkiej trasie Queen po Japonii dziesięć lat wcześniej. Kolejnym wzruszającym momentem jest wątek, gdy Freddie dowiaduje się, że jest chory na AIDS i pogodzony z kolegami, przygotowując się do Live Aid, obwieszcza im tę smutną prawdę. Chociaż chronologia kuleje to niektóre utwory, będące tłem do akcji, wpasują się nawet nieźle w sytuację, np wspomnianej wieści o chorobie. Freddie po zrobieniu sobie testu wychodzi z kliniki, a w tle leci „Who Wants To Live Forever”. Myślę, że scenarzysta i reżyser chciał tutaj nawiązać do filmu „Nieśmiertelny” i wątku, w którym umiera ukochana głównego bohatera – Connora McLeoda – Heather.

fot.: oxigeno.com.pe

Kilka słów o grze aktorskiej. Rami Malek zagrał Freddiego nieźle. Jednak fizyczne podobieństwo do oryginału jest średnie. Świetnie za to odtworzył ruchy sceniczne i mimikę. szczególnie w scenach „Live Aid”. Wydaje mi się jednak, że Sasha Baron Cohen od strony podobieństwa fizycznego sprawdziłby się lepiej. Ciekawostką jest jednak fakt, że on w tym filmie momentami naprawdę – poza Freddiem i Markiem Martelem – śpiewa i gra na pianinie. Miał podczas zdjęć profesjonalną naukę gry na pianinie i śpiewu. Grający Johna Deacona Joseph Mazzello spisał się nieźle, ale momentami jego bohater został pokazany jako luzak i ten co ma nieźle gadane, cwaniaczy, a nie jest tą cichą wodą i tajną bronią w zespole. Roger Taylor, w rolę którego wcielił się Ben Hardy, pokazany został nieco zniewieściale. Brakowało w nim tej zajebistej chrypki. Aktor przyznał, że rolę uzyskał niejako podstępem. Za to najwierniej została odtworzona postać Briana Maya. Grany przez niego Gwilym Lee jest nie tylko podobny z twarzy, ale także ze specyficznego sposobu mówienia.

Podsumowując. Moje uczucia wobec tego filmu są mieszane. Uważam, że Freddie, 27 lat po swojej śmierci, zasłużył na o wiele lepszą biografię, która stawia go w o wiele lepszym świetle, niż jest to widoczne na ekranie. Chociaż ta muzyka żyje i żyć będzie, film z pewnością sprawi, że młodsze roczniki zainteresują się tą ponadczasową muzyką, jak i historią zespołu oraz niesamowitego geniuszu, jaki miał w sobie niewątpliwie Freddie Mercury. Początkującym fanom jednak radzę nie sugerować się filmem, lecz sięgnąć po bardziej obiektywną literaturę.

Bartas

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s