Spike Edney o swojej przygodzie z Queen

Poniżej przedstawiamy tłumaczenie dużego i ciekawego wywiadu, którego Spike Edney udzielił magazynowi Rolling Stone. Przeczytacie tutaj między innymi o tym, jak doszło do współpracy klawiszowca z zespołem, o Freddiem, Paulu i Adamie oraz o takich wydarzeniach jak Live Aid czy The Freddie Mercury Tribute Concert. Zapraszamy do lektury!

Na wideo przedstawiającym legendarny występ Queen podczas Live Aid niemal nie sposób jest dostrzec Spike’a Edneya, ale jeśli zatrzyma się obraz pod koniec Hammer To Fall (czas: 12:22), to można dostrzec go w tle. To ciemnowłosy koleś grający na gitarze, tuż przy ścianie keyboardów. Queen zatrudnił go rok wcześniej, by udzielał się na klawiszach, fortepianie, w chórkach oraz na gitarze rytmicznej i od tego czasu pozostał z nimi na stałe, pomagając we wszystkim, począwszy od The Freddie Mercury Tribute Concert na stadionie Wembley w 1992 r., aż po westendowski musical We Will Rock You, trasy z Paulem Rodgersem oraz wciąż kontynuowaną współpracę z Adamem Lambertem. Edney grał kluczową rolę w wydarzeniach, które miały miejsce na przestrzeni ostatnich 35 lat, ale wielu fanów nawet nie zna jego nazwiska.

Jak tam trasa?

Właściwe słowo to „fantastycznie”, jak mniemam. Poprzednie dwie trasy cieszyły się rosnącą popularnością, a film Bohemian Rhapsody wzniósł to na kolejny poziom. Myślę, że publiczność podczas poprzedniego koncertu (Nowy Orlean, 20 sierpnia 2019 r.) była najgłośniejsza, z jaką miałem do czynienia. Wszystkim zdaje się to bardzo, bardzo podobać.

Chciałbym trochę usłyszeć o Twojej muzycznej historii. Jaki jest pierwszy koncert, na którym byłeś?

Mama zabrała mnie w dwunaste urodziny na The Beatles. To był 3 grudnia 1963 r. w Portsmouth Guildhall, w moim rodzinnym mieście.

Wow. Jak udał się ten występ?

Kiedy masz 12 lat i to twój pierwszy koncert, twoje wszystkie zmysły są atakowane. Moim największym rozczarowaniem było to, że nie dało się usłyszeć muzyki, ponieważ wszyscy krzyczeli. Wiedziałeś co grają po tym kto akurat stał przy mikrofonie i po sposobie, w jakim potrząsali głowami. Język ciała informował cię o granej piosence. Zagrali jakieś siedem utworów. Tego wieczoru grały też inne zespoły. To nie było jak podczas dzisiejszych koncertów, gdzie otrzymujesz 2,5 godziny graja i wszystko jest w HD.

W jakim wieku uświadomiłeś sobie, że kariera muzyczna to jest to, co chcesz robić?

Właśnie tego dnia.

fot.: shadesofnoirsite.wordpress.com

Opowiedz o swoich pierwszych wspomnieniach związanych z Queen.

Czytałem o nich w Melody Maker na początku lat ’70. Przede wszystkim wstrząsnęła mną nazwa [śmiech]. „Jak mogą identyfikować się z Rodziną Królewską?”. Pierwsza piosenka jaką usłyszałem to Now I’m Here. A ja jestem fanem muzyki soul. Moimi bohaterami są Stevie Wonder i Sly and the Family Stone. W tamtym czasie wolałem amerykańską muzykę od brytyjskiej. Te wszystkie wielkie fryzury i satynowe koszule świata glam rocka nie były dla mnie. Wolałem Earth Wind and Fire, którzy akurat chyba też mieli satynowe koszule.

Potem usłyszałem Queen podczas występu radiowego i początkowo błędnie uznałem ich za ciężki zespół ze skomplikowanymi aranżacjami. Lubiłem Now I’m Here, bo nie podążała wyświechtanymi kompozytorskimi schematami. Nie została napisana jak typowa piosenka pop, którą w tamtych czasach każdy próbował napisać. Potem pojawiło się Killer Queen i obecne tam rzemiosło było oczywiste. Jednak nie byłem wielkim fanem. Byłem zainteresowanym obserwatorem.

Byłeś na ich koncercie w latach siedemdziesiątych?

Nie, słyszałem ich tylko w radiu. Na albumach stosowali wielowarstwowe gitary i harmonie, czego oczywiście nie mogli robić na żywo. Dlatego też zawsze czułem się trochę zawiedziony, z produkcyjnej perspektywy. Byłem poirytowanym muzykiem, który myślał: „jeśli nie możesz tego zrobić dobrze, to po co w ogóle to robisz?”. To była zazdrość. Nic innego.

Występowałeś z Dexys Midnight Runners, zaraz po ukazaniu się ich hitu Come On Eileen. Jak do tego doszło?

Przez chwilę zarabiałem grą na puzonie. W latach ’80. pracowałem z Duran Duran, Dexys i Boomtown Rats Boba Geldofa.

Czy gra z Dexys była przyjemnym doświadczeniem?

Niespecjalnie. Było nas trzech czy czterech najemników, sekcja dęta i basista. Byliśmy ludźmi dokooptowanymi albo zastępującymi tych, którzy wylecieli z zespołu albo nie chcieli tego dalej robić. Mieli swoją własną energię i rytm zespołu, silnie zdominowany przez wokalistę [Kevinaa Rowlanda]. Kiedy cię zatrudniają i znajdziesz się w takiej sytuacji, to siedzisz z buzią na kłódkę, jesteś obserwatorem i robisz swoje. [Rowland] chciał totalnej i bezgranicznej lojalności, trochę jak Trump.

fot.: shadesofnoirsite.wordpress.com

Opowiedz o dołączeniu do Queen. Zawsze byli kwartetem, aż do trasy z 1982 r., podczas której przewinęli się dwaj klawiszowcy. Jak doszło do tego, że zostałeś zaangażowany do kolejnej trasy?

O ile się nie mylę, to pierwszy był Morgan Fisher. Poróżnił się z Fredem. Chyba któregoś dnia zabrał jego szampana i limuzynę, a potem odjechał.

Duży błąd.

W przypadku Freda to bardzo duży błąd. Tak w każdym razie głosi legenda. Potem zatrudnili Freda Mandela, który grał dla Alice’a Coopera. Nie wiem jak go znaleźli, ale on przejął pałeczkę. Był moim poprzednikiem. Dokończył trasę, którą zaczęli z Morganem Fisherem. Potem, po ich legendarnej trasie w Ameryce Południowej zrobili sobie przerwę na dokończenie w Monachium albumu The Works. Mandel był zaangażowany w te nagrania. Gra w Radio Ga Ga i I Want to Break Free. Kiedy mieli ruszyć w trasę promującą album, nie był już dostępny. Prawdopodobnie został zaangażowany w występy, których nie mógł odrzucić.

Nie wiem co dalej się stało, ale potrzebowali kogoś nowego. To wszystko sprowadza się do bycia w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Grałem w barze w Londynie i był tam też członek ekipy Queen, ktoś, kogo znałem od 10 lat. Zaczęło się od „Co ty tu robisz?” i takich tam. Zapytałem „Czym się zajmujesz?”, on odpowiedział „Pracuję dla Rogera Taylora. Queen potrzebuje klawiszowca. Chcesz tej roboty?”. A ja na to „Pewnie, że tak.”.

Oczywiście to tak nie wygląda. Zwykle pokazujesz się w jakimś miejscu i czekasz z innymi dwustoma klawiszowcami na swoją kolej, potem idziesz do domu i czekasz na telefon, który nigdy nie dzwoni. Tutaj było inaczej. Pojawiłem się w miejscu, do którego kazali mi przyjść, wchodzę, a tam rozmowę przeprowadził ze mną legendarny Gerry Stickells. To jeden z największych ludzi rock & rolla. Niestety, zmarł w tym roku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s