Queen Poland

The biggest polish site about Queen

Dziękuję doktorze May

Bilet z koncertu w Stodole o wyjątkowym numerze seryjnym 00001; fot.: Radosław Lis
Bilet z koncertu w Stodole o wyjątkowym numerze seryjnym 000001; fot.: Szymon Wykrota

Występ Briana Maya w Warszawie w 1998 r. nie był pierwszym dużym koncertem, w jakim dane mi było uczestniczyć w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku, z pewnością jednak był tym najważniejszym. Gdy zmarł Freddie Mercury, gdy zespół Queen – przynajmniej teoretycznie – przestawał istnieć, nie spodziewałem się nigdy, iż kiedykolwiek dostanę szansę na to, by zobaczyć na scenie jednego z moich największych idoli. Dlatego z olbrzymim entuzjazmem i euforią godną nastolatka przyjąłem wiadomość o planowanym koncercie Briana w naszym kraju i gdy tylko nadarzyła się okazja, ruszyłem w drogę do stolicy, by w nieistniejącym już sklepie muzycznym „Digital” na warszawskim Powiślu zaopatrzyć się w bilet na koncert człowieka, którego piosenki i klipy śledziłem regularnie od wielu lat. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu trafił mi się bilet o numerze seryjnym 000001.

Gdy zbliżał się 30 września 1998 r., wraz z grupą towarzyszących mi na koncercie osób słuchaliśmy dokładnie najnowszego albumu Briana, snuliśmy przypuszczenia dotyczące setlisty, długości koncertu, muzyków towarzyszących. Dostęp do internetu był wówczas czymś luksusowym, zatem nie mieliśmy okazji śledzić bieżących doniesień z innych koncertów w ramach europejskiej trasy „Another World”. Doskonale jednak pamiętam, iż naszym marzeniem było usłyszeć utwór tytułowy z najnowszej płyty gitarzysty oraz „No One But You” i wiele innych piosenek Queen.

Awers pewnej sławnej sześciopensówki; fot.: Radosław Lis
Awers pewnej sławnej sześciopensówki; fot.: Szymon Wykrota

Przed klubem, w którym miał wystąpić Brian, zebrała się liczna rzesza fanów, wyglądało to nieco odstraszająco, powoli traciliśmy nadzieję na zdobycie najlepszych „miejscówek” w sali. Jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności znalazłem się tuż pod sceną… Po wysłuchaniu utworów występującego jako support Artura Gadowskiego z zespołu IRA wyczekiwałem już tej najważniejszej gwiazdy wieczoru, zaprzyjaźniając się w międzyczasie z przesympatyczną fanką z Będzina – Magdą, z którą później jeszcze przez kilka lat korespondowałem za pośrednictwem Poczty Polskiej, wymieniając uwagi, zdjęcia i szereg innych refleksji.

Pierwsze dźwięki dobiegające tego wieczoru z głośników nie przypominały ani utworów Queen, ani solowych piosenek Briana. Co więcej, postać, która pojawiła się na scenie, również na pierwszy rzut oka nie przypominała znanego wszystkim gitarzysty. Brian w genialnym przebraniu wykonał „It’s Only Make Believe” i był to bardzo humorystyczny akcent na rozpoczęcie występu. Brian nie potrafił jednak zbyt długo ukrywać swojej prawdziwej tożsamości pod przebraniem, zdradziły go bardzo szybko charakterystyczny głos i szczupła sylwetka, zatem wydaje mi się, iż został on przez publiczność rozpoznany niemal błyskawicznie. Stojąc przy samej scenie miałem okazję już nie tylko zobaczyć i posłuchać idola z dzieciństwa, lecz nawet wziąć go za rękę, potrzymać za buty, próbować wyciągnąć kabel z gitary… To było nieprawdopodobne przeżycie i choć nie jestem już w stanie podać pełnej setlisty z tamtego występu, to mogę z całą stanowczością stwierdzić, iż było to – jak na owe czasy – najważniejsze wydarzenie w życiu osiemnastoletniego chłopaka, jakim wtedy byłem. Mam z koncertu wspaniałą pamiątkę – w pewnym momencie Brian nachylił się nade mną i rzucił mi monetę, której używał jako gitarowej kostki. Przechowuję ją po dziś dzień i obok listu, który dostałem od niego dwa lata później, jest ona moim największym skarbem związanym z Queen.

Rewers pewnej znanej sześciopensówki; fot.: Radosław Lis
Rewers pewnej znanej sześciopensówki; fot.: Szymon Wykrota

Może zabrzmi to trochę niedorzecznie, ale dla mnie Brian mógłby po prostu stać na scenie, nie ruszać się, nie grać… Sama świadomość tak bliskiej obecności idola byłaby dla mnie wielkim wydarzeniem. Po koncercie, wraz z liczną grupą fanów, zebraliśmy się przy bocznym wyjściu z klubu, czekając na to, by po raz ostatni tego wieczoru zobaczyć naszego ulubionego gitarzystę. Pamiętam, iż było już dość późno i zimno, jednak – jak sądzę – dla nikogo nie stanowiło to problemu. Brian w końcu się pojawił, udało mi się jeszcze dobiec do jego auta i złożyć odcisk dłoni na szybie. W odpowiedzi zobaczyłem szeroki uśmiech i uniesiony w radosnym geście kciuk… Ten sam szeroki uśmiech towarzyszył Brianowi w 2005 roku w Hamburgu i w 2012 roku we Wrocławiu, kiedy to spotkaliśmy się ponownie.

Dziękuję, doktorze May!

Radosław „Kensington” Lis

ornament

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s